1. Wizz Air Katowice Half Marathon 2018 – 10.06.2018 r.

2

Najtrudniejszy kilometr dla pacemakera?
To chyba ten pierwszy, kiedy wokół sporo ludzi, a ty musisz przyspieszyć do prędkości docelowej. Przez te pierwsze kilkaset metrów nie ma się w zasadzie żadnego punktu odniesienia. Dopiero docierając do tabliczki z „1 km” wiedzieliśmy już czy trzeba trochę przyspieszyć, czy można nieco zwolnić.

Aby dotrzeć do mety w 1:50 h, średnie tempo musi wynosić 5:12 min/km. W rzeczywistości biegnie się o kilka sekund szybciej. Nie zawsze jest przecież możliwość, aby trasę pokonać po najkrótszej – optymalnej linii biegu. Niejednokrotnie jest tak, że Garmin wskazuje rozpoczęcie kolejnego tysiąca metrów, a do tabliczki z oznaczeniem następnego kilometra jest jeszcze sporo drogi.

20180610_120115Pierwszy kilometr minęliśmy po ok. 5:20 min biegu.
Postanowiliśmy więc minimalnie przyspieszyć.

To był ten etap kiedy nasza grupa była zwarta i uśmiechnięta. Cały czas rozmawialiśmy i żartowaliśmy. W moim przypadku ten luz był trochę pozorny. Między kolejnymi zdaniami nieustannie zerkałem na Garmina i wyczekiwałem kolejnych kilometrów.

Tabliczka z oznaczeniem 2-go km pojawiła się trochę za szybko. Spojrzeliśmy na siebie z Karoliną, czy aby się nie mylimy. Doszliśmy do wniosku, że nie ma takiej opcji. Pamiętam, że odwróciłem się do naszej grupy i poinformowałem ją, że mimo wszystko cały czas biegniemy zgodnie z planem.

Wtem i równie nieoczekiwanie, po prawej stronie pojawił stół z wodą. Niestety nie zdążyłem wziąć ani jednego kubka. Okazało się, że kilkadziesiąt metrów dalej znajdował się pierwszy punkt z wodą. Był on usytuowany w nieco niefortunnym miejscu: na zakręcie w prawo. Utrudnienie polegało na tym, że stoły stały z lewej strony. Aby dotrzeć do wody trzeba było więc mocno zwolnić i podbiec do stołów uważając przy tym jednocześnie, aby nie zderzyć się z biegaczami, którzy z wodą w ręce skręcali w prawo.

michal_filecki[zdj. Michał Filecki]

Manewrując między zawodnikami chwyciłem 3 kubki. Jeden wziąłem dla siebie, a drugi dałem Karolinie, która cały czas biegła trzymając równe tempo. Ostatni kubek podarowałem jednej z biegaczek.

Nieuchronnie zbliżaliśmy się chyba największego wyzwanie tego popołudnia – ul. Damrota, która przechodziła w ul. Francuską. Oznaczało to nic innego jak blisko dwukilometrowy podbieg.

Choć był to dopiero początek półmaratonu, już czuliśmy jego trudy. Z każdą chwilą było coraz cieplej i coraz bardziej duszno. Każdego z nas już wtedy można było wykręcić jak gąbkę. Moje tętno zaczęło przekraczać 180 unm, a przed nami jeszcze przecież 1,30 h biegu. Przez chwilę bałem się o to, jak to się wszystko dla mnie skończy.

Na całe szczęście, na ok. 4,5 km pojawił się ostry zakręt w lewo, a za nim – długa prosta w dół.

31048413_198321394229071_1191238033135894528_oZ uwagi na spory podbieg, 4-ty km zrobiliśmy w 5:22 min. Nadszedł czas, aby nieco przyspieszyć. Poinformowałem o tym naszą grupę. Z uwagi na to, że było z górki, nikt nie zaprotestował.

Na kolejnych kilometrach systematycznie niwelowaliśmy stratę do ustalonego przed biegiem tempa. Wkrótce poruszaliśmy się zgodnie z czasami wydrukowanymi na opasce.

Jedyna rzecz, która od samego początku rzucała mi się w oczy, to brak kibiców. Po ostatnich biegach w Czechach (Karlowe Wary i Czeskie Budziejowice), gdzie kibice odwalali kawał roboty, nie mogłem uwierzyć w to, że biegniemy przez serce Katowic. W mieście, które liczy prawie 300 tys mieszkańców.

Tak do 6-7 km klasnęło nam może z 10 osób. Nie twierdzę, że byliśmy wtedy najważniejsi i Katowiczanie mieli nam bić pokłony. Na trasie brakowało po prostu punktów z dopingiem. Jakiegoś DJ’a z tłustymi bitami co 4-5 km. Żywiołowa muzyka przydałaby się właśnie w sytuacji, która nas spotkała. Gdy kibiców można policzyć na palcach trzech rąk.

34466937_2210869922271482_458811363158917120_n-1024x258Rozmowa już się nie kleiła. Każdy skupiał się na tym, aby w jednym kawałku dotrzeć do mety. Kilka kilometrów wcześniej spytałem Karolinę jak się jej biegnie. Odparła, że niezbyt. Od razu powiedziałem jej, że jeżeli poczuje, że musi zwolnić, to niech to od razu zrobi. Nie patrzy na to, że jest zającem. Zdrowie jest przecież najważniejsze, a pacemakerzy to nie cyborgi – w takich warunkach atmosferycznych również mogą mieć gorszy dzień. Doskonale znam to przecież z autopsji -> zeszłoroczny PKO Silesia Marathon.

To było gdzieś w okolicy 8-ego km. Karolina powiedziała, że zwalnia. Pożegnaliśmy się i od tej pory na posterunku zostałem sam.

Dotarliśmy do Doliny Trzech Stawów. Byłem coraz bardziej zmęczony. Tętno utrzymywało się na stałym poziomie 185 unm. Zazwyczaj tak wysokie jest u mnie wtedy, gdy poruszam się w tempie 4:20 min/km, a nie o prawie minutę wolniej.

Oznaczenie 9-ego kilometra było nieco problematyczne. Spoglądam na stoper i nerwowo rozglądam się za tabliczką. Po lewej stronie pusto. Po prawej również. Okazało się, że oznaczenie miałem pod stopami. Od tej pory zamiast tabliczek, szukałem także cyfr napisanych sprejem na chodnikach.

wizzair_10kmZ naszej licznej grupy, pozostała zaledwie garstka biegaczy. Szybki łyk izotonika i wkrótce wbiegliśmy do Katowickiego Parku Leśnego. To właśnie, tam kilka razy zahaczyłem żaglem o wystające gałęzie.

A jak w ogóle biegło mi się w plecaku z ponad metrowym masztem?
Całkiem w porządku. Jedyny problem polegał na tym, że źle ustawiłem sobie długość jednego z pasków. Spowodowało to, że górna część plecaka zaczęła ocierać się o moją szyję. Wtedy czułem tylko lekki dyskomfort. Po przekroczeniu mety zorientowałem się, że krwisty siniec ma długość kilku dobrych centymetrów. Gdyby to był dystans maratonu, to tak w okolicy 38 km zapewne dokonałbym autodekapitacji, a moje nazwisko pojawiłyby się na pasku lokalnej telewizji. To tak w ramach ciekawostki.

20180610_090117W ww. parku czułem się już gorzej niż źle. Tętno zmierzało do 190 unm. Biegły ze mną tylko 2 osoby. To był moment, w którym  mijaliśmy coraz większą liczbę wolniejszych biegaczy. Część z nich widząc, że mija ich flaga z oznaczeniem 1:50 h, dawała upust swoim emocjom: „Do cholery! To już?!?”, „Serio?!?”, „Musiałeś się pojawić?!?”. Jedyne co mogłem zrobić, to obrócić się, spojrzeć im głęboko w oczy i głośno przeprosić. Tak też czyniłem.

1 2 3 4
Podziel się ->
X
X