Szlak Dwudziestopięciolecia PTTK – 21.07.2020 r. [vol. 2]

0

My oczywiście zaczęliśmy od kolejnej pomyłki. Z tym, że nie była to nasza wina. Zerknijcie na poniższe zdjęcie satelitarne:

Widać na nim sporo drzew. W rzeczywistości te, które zaznaczyłem czerwonym konturem, zostały wycięte. Wraz z nimi ktoś wyciął oznaczenie szlaku. Pobiegliśmy więc trochę na wprost. Czując co się święci, ponownie wyciągnąłem smartfona i dzięki temu, po kilkudziesięciu metrach byliśmy z powrotem na szlaku. To był idealny przykład na to, że pomyłki to nie był tylko efekt braku skupienia. Gdyby nie wgrany szlak i połączenie GPS, nie wiem ile byśmy szukali kolejnego drogowskazu. Prawdopodobnie już nigdy nie zobaczylibyśmy swoich rodzin.

Kilka zakrętów dalej pojawiliśmy się przy zbiorniku wodnym Starganiec.

Piachu było tam po kostki, więc na kilkadziesiąt metrów przeszliśmy do marszu. Tempo, z początkowych 5:40 min/km, zaczęło systematycznie siadać. Od kilku kilometrów wielokrotnie przekroczyliśmy granicę 7:00 min/km.

Kwadrans później po raz drugi wszedłem na żywo, komentując nasze dotychczasowe poczynania:

W okolicy 27-go kilometra pojawił się ostry skręt w prawo. To był najbardziej wysunięty na zachód fragment szlaku. Teraz mieliśmy mieć tylko z górki. Do mety pozostało przecież jakieś 14 kilometrów. Co to dla nas? Tyle co nic! To znaczy… tak nam się wtedy wydawało.

Kilkaset metrów dalej musieliśmy założyć czołówki. Gęsty mrok spowił dalszą część szlaku. Od tej pory biegliśmy w nich do samego końca.

Szlak postanowiliśmy dokończyć w środku tygodnia. Bez jakiegokolwiek odpoczynku i w zasadzie prosto z pracy. Na pewno nie mieliśmy takiej świeżości, jak gdybyśmy mieli pobiec np. w sobotę rano. Nie wiem czy to właśnie to przeważyło, ale Tomasz z każdą kolejną minutą czuł coraz mniejszą moc. Od razu zaproponowałem, że nic nas nie goni i spokojnie możemy przejść do marszu. Po raz pierwszy zrobiliśmy to gdzieś przed 30-stym kilometrem, w okolicy Czarnego Stawu.

Od tej pory maszerowaliśmy przez następne 6,5 kilometra. Niewiele było tam wtedy biegu, ale to nie było najważniejsze. Tempo wyraźnie spadło.

Widać było, że Tomasza poskładało jak tylko mogło najpiękniej. Mimo to walczył, aby cały czas być w ruchu. Wiedziałem co czuje, bo przeżyłem to na kilku maratonach. To przecież nie chodzi o to, że głowa nie daje rady. To bardziej moment, w którym całe ciało krzyczy: „Przestań do cholery! Daj mi odpocząć! Siadaj na dupsku i ani mi się waż ruszyć dalej!!!”. Jak było u mnie? Wstyd przyznać, ale sił miałem aż nadto.

Na początku starałem się go zagadać i odwrócić uwagę. Widząc, że raczej nie jest mu do śmiechu, nie chciałem też gadać za dużo. Więc tak niby gadałem, ale nie do końca.

Ten nasz spacer również miał swój niepowtarzalny klimat. Szczególnie między 31, a 33 kilometrem. W lesie panowała już wtedy zaawansowana ciemność. Im bardziej zbliżaliśmy się do osiedla Witosa, tym głośnie było słychać pojazdy, które przemierzały autostradę A4.

Drogę oświetlaliśmy sobie czołówkami i co jakiś czas, w snopie światła odbijały się czyjeś ciekawskie oczy. Raz była to sarna, a raz lis. Tego widoku nie zapomnę chyba nigdy.

Wreszcie dotarliśmy do barierek, które odgradzały nas od autostrady. Po chwili, korzystając z pobliskich schodów, dostaliśmy się na drugą stronę jezdni.

Chcieliśmy się czym prędzej dostać do jakiegoś sklepu, w którym będziemy się mogli napić i coś zjeść. Jak na złość, choć osiedle Witosa zaczynało być na wyciągnięcie ręki, w tym najważniejszym momencie szlak zmierzał znowu w stronę lasu.

Dla Tomasza oznaczało to nic innego, jak ciąg dalszy walki. Na całe szczęście, za 1,5 kilometra mieliśmy przed sobą całodobową stację benzynową Moya.

Założyliśmy kominy na twarze, po czym kupiliśmy po coli i izotoniku. To nie ja płaciłem, więc naciągnąłem Tomasza na wafla w czekoladzie. Cholera, jak on mi wtedy smakował!

Na stacji spędziliśmy z dobrych 15 min. Najważniejsze było to, że Tomasz z każdym łykiem odzyskiwał siły. Było widać, jak budzi się do życia. Po konsumpcji ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami zostało 6 kilometrów.

Tempo wyraźnie wzrosło. Z 11 min, do 6-7 min/km. Maszerowania nie było prawie wcale.

Minęliśmy osiedle Tysiąclecia, po czym naszym oczom ukazało się jedno z wejść do Parku Śląskiego:

Za kilkanaście minut miało już być po wszystkim.

1 2 3 4
Podziel się ->
X
X