Po kilku chwilach zobaczyłem za sobą cień flag z oznaczeniem „3:30”. Jeden z pacemakerów poklepał mnie po ramieniu i krzyknął „Spróbuj z nami!”. No to spróbowałem.
Kolejne 2 kilometry bolały jak jeszcze nigdy przedtem. Z potwornym grymasem na twarzy walczyłem o każdy kolejny oddech. Tętno już wtedy znacznie przekraczało 180 unm. Postanowiłem, że choćby nie wiem co się stało, już się nie zatrzymam. Ważyły się losy złamania 3:30 h.
Po kilkudziesięciu metrach odłączyłem się od pacemakerów na 3:30. Na szczęście zrobiłem to w tę dobrą stronę. Zwiększyłem tempo i pognałem do przodu. Nie wiem jak tego dokonałem, ale każdy kolejny kilometr był szybszy od poprzedniego:
42-ty km to w ogóle był jakiś kosmos. Zrobiłem go w tempie 4:50 min/km. To właśnie wtedy w tłumie namierzyła mnie Ewelina robiąc te zdjęcia:
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Zaraz po ich wykonaniu był ostatni zakręt. W tle było widać już metę. Spojrzałem na Garmina, a tam czas 3:29:18. Ciężko było mi ocenić czy nadal mam szansę na wynik poniżej 3:30 h. Wiedziałem, że jak teraz nie dam z siebie 506%, to za kilka chwil mogę tego bardzo żałować. Rozpocząłem sprint jakiego jeszcze świat nie widział!
Zacząłem wymijać kolejnych biegaczy. W najszybszym momencie poruszałem się wtedy w tempie 3:36 min/km. Na kilka metrów przed metą już wiedziałem, że uda mi się zdążyć przed upływem 3:30 h. Podniosłem ręce w geście triumfu i przekroczyłem ostatnią matę z pomiarem czasu.
Wynik: 3:29:41
Wreszcie! Po kilku latach udało mi się złamać te cholerne 3 godziny i 30 minut! Byłem z siebie niesamowicie zadowolony. Miałem co świętować.
Zaraz za metą zgiąłem się w pół i zacząłem powolny proces dochodzenia do siebie. Ostatnie 10 km walki, dwa następne, które bolały jeszcze mocniej i te 200 m, które zrobiłem w jakimś istnym amoku – odbiły się na moim samopoczuciu. W tamtym momencie czułem się gorzej niż źle. Byłem wykończony.
Po chwili udałem się do miejsca, gdzie wręczono mi piękny medal i owinięto mnie folią termiczną. Kilka zdjęć i dotarłem do stoiska z zimnym piwem. Jeszcze nigdy piwo nie smakowało mi tak bardzo. Po jakimś czasie skryłem się w hali, w której po przebraniu ruszyłem w kierunku Eweliny i Magdaleny. Nie ukrywam, że wzruszyłem się na ich widok. Po tym wszystkim co przeżyłem wreszcie do nich dotarłem.
Kilka słów o moim biegu. Uprzedzam, że będzie nieco gdybania.
Nie wiem jak to się stało, że tętno od samego początku było o wiele wyższe niż zazwyczaj. Warunki pogodowe były przecież ok. Domyślam się, że stres zrobił swoje. Chyba za bardzo się nakręciłem na wynik i jakoś tak samo wyszło. Dużo ryzykowałem biegnąc w tempie 4:44 min/km. Na całe szczęście ryzyko nie odbiło mi się czkawką. Do złamania 3:30 h zabrakło naprawdę niewiele. No bo ile to jest 19 sekund na dystansie 42 km i 195 m? Przecież wystarczyło, abym w trakcie jednego z marszobiegów dłużej szedł, niż biegł. Wystarczyło kilkanaście metrów pokonanych nieco wolniej i o nowej życiówce nie byłoby mowy.
Wiem, że kluczowe było tych kilka ostatnich kilometrów. Gdybym wtedy się poddał, to do tej pory plułbym sobie w brodę, że mogłem powalczyć, a tego nie zrobiłem.
Kilka słów o maratonie.
W Poznaniu biegłem pierwszy i (mam nadzieję) nie ostatni raz. Impreza została przygotowana w sposób wzorowy. Punkty z wodą były długie bardzo i równe dobrze zagospodarowane. Wolontariusze spisali się na 6 z plusem. Na ostatnich kilometrach ich doping naprawdę pomagał. Robili co mogli, aby nikomu nawet przez myśl nie przeszło, żeby przejść do marszu. Zresztą brawa należą się wszystkim kibicom, którzy stali w najróżniejszych miejscach i dawali z siebie wszystko. Szczególnie w taką pogodę.
Aplikacja, którą można było pobrać na smartfona przed zawodami, spisała się rewelacyjnie. Czasy z poszczególnych pomiarów były pokazywane bez żadnych opóźnień. Bardzo dobrze zorganizowano strefę za metą, a możliwość wzięcia kwiatka dla osoby, która w chłodzie czekała na Ciebie kilka dobrych chwil, było dodatkowym atutem. Spotkałem się z tym pierwszy raz. Mam nadzieję, że inni również wpadną na ten pomysł.
Tereny Międzynarodowych Targów Poznańskich są po prostu stworzone do obsługi tego typu wydarzenia. Chyba jeszcze nigdy nie przygotowywałem się do maratonu w tak komfortowych warunkach.
Jeżeli mowa o trasie to, aż chciałoby się wbiec na Stary Rynek jak ma to miejsce w Krakowie czy we Wrocławiu. Moim zdaniem nie jest, aż tak szybka, jak ta na Orlen Warsaw Marathon. Kilka podbiegów po dwudziestym kilometrze naprawdę dało mi w kość.
A medal to już naprawdę wyższa szkoła jazdy. Na zdjęciu nie prezentuje się, aż tak rewelacyjnie jak w rzeczywistości. Duży, ciężki i cholernie ładny. Wprost proporcjonalnie do trudu, który włożyłem, aby go otrzymać.
Do Poznania postaram się jeszcze kiedyś wrócić.
To jeden z tych maratonów wartych powtórzenia.
Na koniec chciałbym mocno pogratulować Agnieszce Gortel-Maciuk, która z czasem 2:35:59, zameldowała się na mecie jako pierwsza kobieta (6 w klasyfikacji OPEN).
Nigdy bym nie przypuszczał, że będę miał zdjęcie ze zwyciężczynią w biegu [zrobione w trakcie Mattoni Olomouc Half Marathon 2016], w którym uda mi się złamać 3:30 h 😉
[zdjęcie główne jak i te wykonane w trakcie biegu pochodzą z serwisu fotomaraton.pl]
6 komentarzy
Cholernie dobra relacja, szczególnie w części, gdy walczyłeś o wynik. Te emocje 🙂 Bardzo mocno Ci gratuluję i wiesz z tym tętnem to jesteś gość 🙂 Ale zawsze to mówię o Tobie, więc to nic nowego 🙂
Na Twój komentarz to ja czekam co relację! 🙂
Danke! W przyszłym roku spróbuję złamać 3:20 h. Mam nadzieję, że będzie bolało nieco mniej, niż w Poznaniu 😉
Gratulacje za Walkę 🙂 , musieliśmy biec gdzieś niedaleko siebie bo również chciałem złamać 3:30 ale zostawiłem pacemakerów na 2 km i to okazało się błędem bo dogonili mnie na 37 km , chciałem jeszcze powalczyć ale zrobił mi się odcisk na stopie bo przemoczyłem skarpetę i moje 3:30 poczeka do kolejnego maratonu , na wiosnę poprawiłem swoją życiówkę o 4 min względem Krakowa , Poznań to mój 2 maraton , czas 3:34:41 , Organizacja wzorowa i piękny medal ,Pozdrawiam i życzę kolejnych życiówek 🙂
Dzięki za Twój wpis 🙂
Po pierwsze ogromnie gratuluję Ci wyniku! Mnie 4h udało się złamać dopiero w trakcie trzeciego maratonu. Poniżej 3:30 udało się dopiero w trakcie tego jedenastego. Wierzę, że u Ciebie nastąpi to o wieeelee szybciej.
A propos mokrych skarpet. Właśnie za ich sprawą odbiłem sobie 5 z 10 paznokci. Teraz wyglądają, jakbym je pomalował jakimś fioletowym lakierem. Życie.
Ja na razie robię sobie zasłużoną przerwę. Postaram się wrócić do biegania za jakiś tydzień/dwa.
Trzymam kciuki za Twoje kolejne życiówki!
A jednak się udało. Serdecznie gratuluję. 🙂 Tak ogólnie to mój mózg nie ogarnia faktu że można przebiec ponad 40 km, ale że czytam relacje biegowe i skoro tam piszecie że można, to chyba wierzyć muszę. 🙂 Wielki szacun.
Dzięki 🙂
Mój też kiedyś tego nie ogarniał. Musisz uwierzyć mi na słowo. Jeżeli nie ma przeciwwskazań natury medycznej (nic nie boli, wszystko jest ok), to każdy, powtarzam – KAŻDY jest w stanie pokonać ten dystans 😉