Choć trasa zaczynała już mieć swoje momenty, to nie oznaczało, że nie dostrzegałem jej uroków. Nad głową miałem gęste konary drzew. Po lewej wzniesienia, a po prawej jezioro. Mało jest w Polsce tak urokliwych połówek.
Wspomniałem o macie na 10-tym km. Od razu należy wspomnieć, że zaraz za nią był fantastyczny i równie stromy zbieg. Może właśnie dlatego 11-sty km trwał jedynie 3:43 min. Z prawej dało się już dostrzec zaporę w Tresnej, na której wkrótce się pojawiłem. Pamiętam, że doping był tam mocny i jeszcze długo go rozpamiętywałem.
Po minięciu zapory wiedziałem, że do mety mam już bliżej, niż dalej. Niestety zaraz za nią rozpoczął się kolejny podbieg. I to był podbieg z gatunku tych, którego końca nie widać. Trasa nie dość, że zmierzała w górę, to na końcu jeszcze zakręcała ostro w lewo. Nie wiadomo było czy za tym zakrętem będzie już koniec męki, czy nastąpi tam jej ciąg dalszy.
Po wdrapaniu się na jego szczyt przyjąłem żel. Smakował wybornie.
Kolejne kilometry wpadały w następujących czasie:
12 km – 4:03 min
13 km – 3:46 min
14 km – 4:16 min
15-sty km i kolejna mata: 58:21 min, 37 miejsce i średnie tempo, które tak jak ostatnio, wynosiło 3:53 min/km.
Do kolejnych kilkunastu biegu minut nie miałem żadnych zastrzeżeń. Było z górki i noga fajnie podawała. Czego chcieć więcej?
Może kolejnych podbiegów?
Bo przecież dawno ich nie było ♥
Chciałem, to mam, bo gdzieś pod koniec szesnastego kilometra miał miejsce zakręt w lewo, który był jednym wielkim wniesieniem.
Na powyższej grafice zaznaczono to 6, a następnie 3%. Zdawałem sobie sprawę, że najgorsze dopiero przede mną – słynny 19-sty kilometr, który uwieczniono na na poniższym zdjęciu:


Wiecie, to jest jedno z tych zdjęć, które pokazuję w albumie, gdy ktoś mnie pyta: „Hej! Marku! A trasa w Żywcu, to płaska jest?”.
No…yyy… niekoniecznie 😉
Zacisnąłem pięści, po czym zacząłem energicznie machać rękami. Zwizualizowałem sobie w dłoniach dwa kijki, którymi starałem się odpychać od podłoża.
No i tak się nimi „pięknie” odpychałem, że 19-ego kilometra nie udało się uratować. Pokonałem go w 4 minuty i 50 sekund.
Ponownie – jak miało to już miejsce tego przedpołudnia – po dotarciu na szczyt wzgórza, postanowiłem nieco odsapnąć. Czterdziestka na karku, a ja zamierzam jeszcze trochę pożyć.
Przeszedłem do marszu, ładnie się napiłem, po czym zabrałem się za kontrofensywę. Przede mną pojawił się najpiękniejszy widok, jak mógł mnie spotkać na drodze – zbieg tak stromy, że aż wstyd:
Na ww. grafice wygląda, jakbym miał spaść z 6 piętra wprost na linię mety.
Puściłem hamulce i rozpędziłem stopy. Tempo z 4:50 min/km wzrosło do 3:18 min/km. 20-sty kilometr pokonałem w czasie 3:28 min.
Na końcu zbiegu minąłem rondo i do mety dzieliła mnie jedynie długa – kilometrowa prosta.
Zacząłem doganiać zawodnika w pomarańczowej koszulce. Zamierzałem zrobić co w mojej mocy, aby go wyprzedzić. Udało mi się to zrobić kilkadziesiąt metrów dalej:
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Doping kibiców był coraz głośniejszy.
Przed oczami wyrosła mi pierwsza z bram. Minąłem ją i rozpędziłem się do tempa 3:20 min/km.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Jedną resztką sił spojrzałem na upływający czas: 1:22:54…55…56. Chcąc złamać 1:23 h jeszcze mocniej przyspieszyłem.
Minąłem metę, po czym upadłem na kolana. Wiem, że tego dnia nie byłem w stanie wykrzesać z siebie więcej mocy. Zrobiłem tyle, ile się dało.
Spojrzałem na Garmina:
A tam wynik:
1:22:59 (!!!)
Jednak opłacało się szaleć tak i przyspieszyć na tych ostatnich metrach. 1:23 h udało mi się złamać tzw. rzutem na taśmę. Byłem z siebie niesamowicie zadowolony. Planowałem złamać 1:30 h, a ostatecznie dobiegłem do mety ponad 7 minut szybciej.
Wycałowałem swoje dziewczyny, po czym udaliśmy się do samochodu. Wreszcie mogłem zwolnić miejsce temu Panu, który chodził i prosił o wyjechanie.
Nie ma za co!
Jak oceniam swój bieg?
Niewiele mogę dodać do tego, co napisałem powyżej. Od września 2022 roku ponownie biegam bez trenera. Wróciłem do swoich kultowych 3 dwudziestek w tygodniu. Nie robię podbiegów, nie biegam szybszych jednostek na stadionie i… jestem w stanie zrobić 1:22:59 na żywieckiej trasie. Mimo wszystko nie mieści mi się to w głowie, ale widocznie tak się przez lata rozbiegałem, że dalej robiąc swoje, jestem w stanie utrzymać swoją „olimpijską” formę. Inaczej nie jestem tego w stanie wytłumaczyć.
Jak oceniam organizację?
Na mocną piątkę z plusem. Półmaraton dookoła Jeziora Żywieckiego to jedna z tych połówek, do której się wraca. Trasa, jest równie trudna, co satysfakcjonująca. No i ten podbieg na 19-stym kilometrze, który aż prosi się, aby poprawić tam czas w trakcie kolejnej edycji.
Na pewno fajnie, gdyby wreszcie pojawiły się kubki, a nie to:
No i coś, co rzuciło mi się w oczy na tle innych biegów. Na początku wspomniałem o okolicznościowej koszulce. Wiem, że mało kto biega tylko i wyłącznie dla medalu, bądź biegowego odzienia, które dodają do pakietów, ale… moim zdaniem, jeżeli koszulka ma się już koniecznie pojawić w pakiecie startowym, to niech będzie jakaś. Niech to będzie tiszert, który z daleka nawołuje z jakiego jest biegu. Niech go reklamuje do utraty tchu i niech ma charakter. W przypadku tegorocznej koszulki półmaratonu zabrakło jednego – jakiegokolwiek grafika, który oprócz doklejenia na lewej piersi małego loga, mógłby zrobić coś więcej. A tutaj nie zrobiono w zasadzie nic. Mam nadzieję, że w przyszłym roku grafik nie spóźni się na trojlejbus i wykona powierzoną mu robotę.
Sam medal wyszedł bardzo fajnie:
Połówkę w Żywcu polecam z czystym sumieniem i wiem, że to nie była ostatnia walka na ww. 19-stym km.
Żywcu! – w przyszłym roku się widzimy.