17. PKO Poznań Maraton – 09.10.2016 r.

6

Pierwsze 3 kilometry wiodło długą prostą, którą za kilka godzin miałem wracać w kierunku mety. Wszystko szło zgodnie z planem, choć początek zrobiłem nieco za szybko. Znacznik z 5-tym km minąłem po 23:25 biegu. Gdybym utrzymał to tempo, to na mecie byłbym po 3 h i 16 min. Doskonale wiedziałem, że to mi raczej nie grozi.

Na zwężeniu przed matą pomiarową na 5-tym km miał miejsce pewien incydent. W tłum wprosił się samochód radia Eska, który tak jak jechał, tak sobie wjechał w biegaczy. Zrobił to w najgorszym możliwym miejscu, w którym biegacze starali się sięgnąć po wodę. SUV, który sunął środkiem drogi raczej im tego nie ułatwił:

Akurat znalazłem się na wysokości kierowcy. Uderzając się w swoje czoło pokazałem mu, co o tym sądzę. Do jego czoła niestety nie dosięgnąłem. Taka prośba do organizatorów: nie pozwalajcie na asystę samochodów, których kierowcy sobie z nią nie radzą.

Gdzieś na ósmym kilometrze tak ni stąd, ni zowąd zacząłem rozmowę z jednym z biegaczy. Z moim imiennikiem przegadaliśmy wspólnie kolejne kilkanaście kilometrów. Było o dzieciach/wnukach, o bieganiu w ogóle i startach w imprezach sportowych. Zanim się nie spostrzegłem minąłem oznaczenie 10-ego km. Zrobiłem to po 46:44 min. Średnie tempo wynosiło około 4:40 min/km.

81144-mpo16-1281-42-000101-mpo16_01_bor_20161009_093708

Mijałem kolejne grupy kibiców. Tym razem nie przybijałem piątek i nie dziękowałem każdemu z osobna. Musiałem się skupić na biegu. Zawczasu wyczuć zbliżający się kryzys i spróbować go szybko spacyfikować.

Warunki atmosferyczne były idealne, choć jak dla mnie mogłoby być jeszcze chłodniej. Co dziwne, od pierwszych metrów tętno oscylowało na poziomie 175 unm. Nieco mnie to zaniepokoiło. W trakcie treningów, przy identycznym tempie, pokazało co najmniej o 10-15 uderzeń mniej. Półmaraton pokonałem w czasie 1:39:16. Kilometry szły wręcz koncertowo:

pol_po

Na 26 km pojawił się jeden z kilku podbiegów. Wtedy po raz pierwszy zwolniłem do 5 min/km. Z każdą kolejną minutą czułem się coraz gorzej. Mięśnie ok, głowa również. Inaczej było z tętnem, które dochodziło miejscami nawet do 189 unm. Serce waliło jak szalone, a przede mną najtrudniejszy etap. 30-sty kilometr i te kilkanaście pomiędzy nim, a upragnioną metą.

Wytrzymałem jeszcze 4 kilometry. Za matą z pomiarem 30-ego kilometra przeszedłem do marszu. Wiedziałem, że od tego momentu rozpoczyna się walka. Przed maratonem liczyłem, że kryzys (jeżeli już koniecznie musi się pojawić) dopadnie mnie tak jak w Warszawie – gdzieś za 37-mym km. Nie udało się. Na złamanie 3:20 h nie miałem już szans. Co będzie z 3:30 h? Przede mną była długa strefa z napojami i jedzeniem. Zacząłem od wody. Po chwili sięgnąłem po cukier, izotonik, banany i pomarańcze. Wziąłem się w garść i spróbowałem dalej pobiec. Długo to nie trwało. Z jakieś 1200 m.

81144-mpo16-1281-42-000101-mpo16_02_mkz_20161009_121153

Włączył mi się znany z maratonów tryb interwałów. Męczyłem się już tak m.in. w Krakowie i we Wrocławiu. Gdy tylko starałem się biec, tętno pięło się w górę skutecznie to uniemożliwiając. Krótki bieg i szybki marsz i tak w kółko. Na dłuższą przerwę pozwalałem sobie w obrębie punktów wodą, które pod koniec pojawiały się do 2,5 km.

poz_lkole

Z każdym metrem topniał 10-cio minutowy zapas, którego potrzebowałem do złamania 3:30 h. Jak na złość numer startowy postanowił się ode mnie odczepić. Przerwała się górna krawędź, która była przytrzymywana przez agrafkę. Kilka ruchów i numer był na już miejscu. Głowę zająłem nowym wyzwaniem – poszukiwaniem tego ostatniego zakrętu przed wspomnianą na początku tekstu trzykilometrową prostą. Jest! Pojawiła się! Marszobiegiem dokulałem się na jej początek.

81144-mpo16-1281-42-000101-mpo16_01_epg_20161009_111752_1

Pech chciał, że to co na początku było zbiegiem teraz zamieniło się w lekki, bo lekki, ale podbieg. Pamiętam, że przede mną poruszał się facet, który wypatrywał pacemakerów na 3:30 h. Cieszył się, że jeszcze go nie prześcignęli. Do czasu.

1 2 3 4
Podziel się ->