Szlak Dwudziestopięciolecia PTTK – 21.07.2020 r. [vol. 2]

0

Wkrótce minęliśmy park i zalew o nazwie Bolina. Kilka zakrętów dalej trafiliśmy do miejsca, w którym ktoś „zgubił” kilka ton śmieci:

Zazwyczaj nie życzę ludziom źle, ale w tamtym momencie poleciała w ich kierunku seria zwrotów, które nie nadają się na zacytowanie przed 23:00. Naprawdę coraz mniej wierzę w ten naród. Zdaję sobie sprawę z tego, że na dzbana można trafić wszędzie. Z tym, że wydaje mi się, że z roku na rok jest ich jakoś w Polsce więcej. No nic. Nakląłem ile mogłem, po czym – podważając zdanie Tomasza co do dalszej drogi (Ekskuzemła!) – nadrobiliśmy dodatkowe kilkadziesiąt metrów.

Naszym oczom ukazał się wiadukt i odwieczne pytanie z cyklu: „W którą stronę teraz?”.

Na początku wydawało nam się, że właściwa droga prowadzi w lewo. Że musimy wbiec na wiadukt z poziomu ulicy i trafiając na szlak, bez problemu zdążymy do domu na powtórkę „M jak Miłość”. Wyciągnąłem mapę i sprawdziłem, że jednak się mylimy. Szlak prowadził po stromych schodach.

Zresztą w trakcie wspinaczki trafiliśmy na oznaczenie, które było trudno zauważyć za dnia. Nie mówiąc o tym, co by się tam działo w nocy.

Na górze skręciliśmy w prawo, po czym przebiegliśmy nad A4, przy której już kilka razy się pojawiliśmy.

No i tak sobie biegniemy i gadamy o pierdołach, gdy wtem! Po prawej stronie wyrosła nam 24 h piekarnia. Z tym, że… to miał być Kłos, o którym pisałem w kilku zapowiedziach. To przecież tam – na ponad 90-tym kilometrze naszej trasy – mieliśmy wbiec i wyjeść cały zapas sernika. A to nie był Kłos, tylko jakiś inny twór. Nie ważne. Poprosiłem Tomasza o zdjęcie i skręciliśmy w stronę centrum Giszowca – kolejnej z dzielnic Katowic, w której mieliśmy się pojawić.

Giszowiec był równie krótki co piękny. Szczególnie teren wokół placu pod Lipami. Naszym następnym celem było przedostanie się przez ulicę Pszczyńską.

Jeszcze niedawno korki, które tworzyły się tam z racji przebudowy jezdni, były widziane z kosmosu. Pech chciał, że w ramach bonusu zawalił się tam wiadukt. Teraz panował tam względny spokój.

Po przekroczeniu drogi wbiegliśmy do Parku KWK Staszic i prawą stroną ominęliśmy Staw Janina.

W niedługim czasie przekroczyliśmy pierwszą dychę. Zajęło nam to nieco ponad godzinę. Ponownie jak miało to miejsce ostatnio, tak i tym razem postanowiliśmy jeść co godzinę. Na pierwszy ogień poszły żele. Wiadomo, że te najlepiej wchodzą na samym początku. Później jest z tym różnie.

Dwa kilometry dalej doszło do kolejnego zboczenia z trasy. Tym razem jednak – zamiast kilku kilometrów – dołożyliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów. W pewnym momencie pojawiły się tory kolejowe. Na początku myśleliśmy, że trzeba je pokonać. Okazało się jednak, że właściwa droga prowadziła wzdłuż nich. To tam zrobiłem Tomaszowi zdjęcie, które idealnie nadaje się na puzzle z motywem niezłomnego biegacza:

No i po następnych dwóch kilometrach ponownie doświadczyłem zaskoczenia, które kilkukrotnie przydarzyło mi się na trasie. Polegało to na tym, że w pewnym momencie wybiegliśmy z krzaków, a przed nami – zupełnie niespodziewanie – wyrósł szpital na Ochojcu.

Pamiętam, że nieźle się zaskoczyłem. To tak, jakbym w kadrze znalazł Statuę Wolności czy inną Wieżę Eiffla. Coś tam kojarzyłem, że chyba pojawimy się w pobliżu szpitala, ale nie sądziłem, że będzie to już teraz.

Kilkadziesiąt metrów dalej ponownie zaimponowałem Tomaszowi (dop. red. „To, że imponuję mu cały czas, to już historia na osobny rozdział tej opowieści” – powiedział Marek, co przyznał mu Tomasz i ponoć zrobił to zgodnie ze swoim sumieniem). W trakcie biegu graliśmy w pewną grę. Ten, któremu jako pierwszemu udało się wypatrzyć kolejne oznaczenie szlaku, przyznawał sobie określoną liczbę punktów. Gdy oznaczenie było trudno zauważalne, punkty szły w setkach. Właśnie przy szpitalu wypatrzyłem charakterystyczny biały prostokąt z zielonym paskiem w środku. Był on tak umieszczony, że początkowo wydawało się, że będziemy musieli się przedostać przez sam środek szpitala. Zahaczając przy tym o izbę przyjęć, brudnik i kilka sal operacyjnych. Na szczęście szlak prowadził tuż obok budynku.

Wreszcie! Między 16, a 17 kilometrem trafiliśmy na właściwą piekarnię pt: „24h Kłos”. Nie było czasu na papieskie kremówki, ale przynajmniej udało się zrobić pamiątkowe zdjęcie:

Kilka kilometrów dalej trafiliśmy do Piotrowic.

W Piotrowicach byłem do tej pory chyba tylko raz w życiu. Może dlatego nie byłem przygotowany na to, jak bardzo zauroczy mnie wszechobecny spokój i seria niskich domków jednorodzinnych. Może to głupie, a może to kwestia zmęczenia, ale myślami wróciłem do przyjaciół mieszkających w Irlandii. Pamiętam jak fajnie mi się tam biegało. Domy w Piotrowicach były nieco podobne do tych, które widziałem w okolicy Cork.

Na 17-stym kilometrze minęliśmy po lewej sklep spożywczy Spar. Spytałem wtedy Tomasza czy zatrzymujemy się, aby uzupełnić zapasy? Po chwili oboje doszliśmy do wniosku, że to chyba za wcześnie. Biegliśmy dopiero od 2 h. Zapasy batonów, żeli i wody były jeszcze na przyzwoitym poziomie. Stwierdziliśmy, że bez problemu znajdziemy jeszcze jakiś sklep spożywczy. Na zegarze była dopiero 19:45. Później okazało się, że byliśmy w błędzie, a kolejny sklep pojawił się dopiero za 19 kilometrów. Żeby nie było za łatwo, zaraz za tym sklepem, zamiast skręcić w prawo, pobiegliśmy prosto. Oczywiście cały czas szukaliśmy kolejnych oznaczeń trasy. Te niestety się nie pojawiały. Znowu wyciągnąłem telefon i oznajmiłem Tomaszowi, że musimy się kilkaset metrów wrócić. Nikt z nas nie był nawet zdenerwowany. Po prostu przywykliśmy do takiego obrotu sprawy.

Cichymi uliczkami dotarliśmy do ulicy Kościuszki. Za przejściem dla pieszych czekała na nas blisko 14 kilometrowa przeprawa przez las.

Choć na Śląsku mieszkam od 34 lat, jakoś nigdy nie zapuściłem się w lasy w Panewnikach. To był błąd! Bo naprawdę wiele się tam dzieje. Samych ścieżek rowerowych jest tam z dobrych kilkanaście kilometrów.

1 2 3 4
Podziel się ->
X
X