W Biegu Wiosennym w Parku Śląskim wziąłem do tej pory udział dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2016 r. więc – z racji tego, że odbyło się to blisko dekadę temu – niewiele z niego pamiętam. No, może poza wynikiem. Wtedy chyba po raz pierwszy złamałem 40 minut. Drugi raz w biegu wziąłem udział dwa lata później. Na metę Stadionu Śląskiego wbiegłem z Magdą w wózku biegowym. I to by było na tyle. Choć Park Śląski mam pod przysłowiowym nosem i biegam tam regularnie od 2012 roku, jakoś bardzo rzadko w nim startuję. W tym roku postanowiłem to jednak zmienić. Niespodziewanie Bieg Wiosenny okazał się być moim pierwszym startem w 2025 r.
Jak go wspominam i dlaczego klatka piersiowa bolała mnie jeszcze przez kolejne 3 doby od minięcia mety? Zapraszam na relację z dychy, która przeciorała mną, jak mało który start w ostatnich latach.
Po pakiet startowy udałem się w przeddzień biegu. Biuro znajdowało się na terenie Stadionu Śląskiego. Po minięciu jednych z drzwi moim oczom ukazało się kilka stanowisk. Szybki rzut okiem do telefonu, aby sprawdzić numer, który mi przydzielono i po chwili miałem już w dłoniach pakiet. Kurde… jak ja tego dawno nie robiłem. Zauważyłem taką zależność, że im dłużej człowiek biega i trenuje, tym jakoś coraz rzadziej myśli o startach. Przynajmniej jak tak mam. Priorytety mocno się u mnie zmieniły. Ale nie ważne. Ja nie o tym.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Przepięknie rozłożyłem wszystko to, co znalazłem w charakterystycznej, małej papierowej torebce:
Oprócz numeru startowego, znalazłem tam jeszcze 2 batony, 1 napój i świecącą opaskę, z której z chęcią skorzystam po zmroku.
Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i byłem (w miarę) gotowy na to, co miało się wydarzyć dzień później. W miarę, bo wiedziałem, że będzie boleć, ale nie sądziłem, że aż tak.
Na start udaliśmy się rodzinnie, a będąc bardziej precyzyjnym – nawet w dwie rodziny. Dołączyli do nas przyjaciele: Ania i Michał, wraz z ich córką Hanią (W tym miejscu będzie mała prywata – dla Ani ten bieg miał być pierwszym startem w życiu. Stresowałem nim chyba bardziej, niż ona). Wspólnie – po kilkudziesięciominutowym spacerze – zameldowaliśmy się pod jednym z wejść do Stadionu Śląskiego.
To właśnie tam nadmuchano bramę, z pod której punktualnie o godzinie 10:00 mieliśmy ruszyć. Ale to nie miało być takie byle jakie ruszenie. W moim przypadku to miał być start kontrolny. Taki bieg na granicy dłuższego L4 od początku, do samego końca.
Tak się złożyło, że od kilku dobrych miesięcy, zamiast jakichś szybkich i skomplikowanych jednostek treningowych, wolę się socjalizować i uspołeczniać. Zamiast samotnego i mocnego biegania, wolę ten czas spędzić w z kimś, z kim mogę poruszyć pierdyliard tematów. Wszystkie w tempie w okolicy 5:40-6:00 min.
Jak się z tym czuję? Skoro łamałem trójkę w maratonie i nawet 1:20 h w połówce?
Wybornie! W życiu nie czułem takiej frajdy z biegania.
A dlaczego w ogóle Wam o tym piszę? Ano dlatego, że przed biegiem byłem cholernie ciekawy jaki mogę osiągnąć wynik, skoro od sierpnia 2024 roku biegam tylko wolno. Chciałem się sprawdzić na ile mogę rozpędzić to swoje, ponad 40-letnie ciało. No i właśnie z takim nastawieniem zbliżałem się do bramy startowej. Im bliżej niej się znajdowałem, tym większy ogarniał mnie stres.
Przed startem w tłumie odnalazłem Macieja i Rafała. Obydwoje mieli podobny plan na bieg – wynik poniżej 38 min. Każdy kilometr w okolicy 3:40 min.
Jako, że ja też tak chciałem, to postanowiliśmy, że spróbujemy to zrobić razem. Kilka minut później podszedłem bliżej do linii startu. Rozpoczęło się odliczanie. Wtedy już nie było odwrotu.
Ruszyliśmy.
Mocno obawiałem się tego, co też wydarzy się po pierwszych kilkuset metrach. To właśnie tam czekał na nas ostry zakręt w prawo:
O dziwo nawet nie było tragedii. Po chwili znalazłem się na promenadzie Generała Jerzego Ziętka, na której zabawa miała się dopiero rozpocząć.
Ani się nie obejrzałem, gdy minąłem oznaczenie 1-ego km.
Pokonałem go w czasie 3:30 min.
Wkrótce po minięciu flagi z oznaczeniem ww. kilometra moim oczom ukazała się długa prosta, która prowadziła w dół. Jako, że w Parku Śląskim spędzam kilka dni w tygodniu od ponad dekady, nie ma w nim miejsca, które może mnie jeszcze zaskoczyć. Mimo wszystko – choć wiedziałem co mnie właśnie czeka – z tej długiej prostej ucieszyłem się, jakbym widział ją po raz pierwszy w życiu.
Oznaczenie 2-ego km i czas 3:37 min.
Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Zaraz za minięciu 2-ego kilometra wbiegliśmy na niewielką górkę i dwukrotnie, ostro skręciliśmy w lewo. Znaleźliśmy się na równoległej alejce, która elegancko prowadziła nas w dół.