Wkrótce szerokie drogi ekspresówki zamieniliśmy na o wiele węższe, lokalne drogi. To właśnie wtedy zaczął padać drobny deszcz. W biegu schowałem telefon do worka przy okazji wypatrując w tle biegacz z koszulką z Bostonu. Barwy poznałem od razu i z daleka.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Dotarłem do niego, po czym chwilę porozmawialiśmy. Widziałem, że jego tempo było nieco szybsze od mojego. Nie chcąc go spowalniać pożegnałem się życząc mu dobrego biegu.
Przez kilka kolejnych kilometrów krążyliśmy na około. Tak ten fragment trasy przedstawiał się na mapie:
Deszcz przestał padać.
Z powrotem wyciągnąłem telefon robiąc poniższe zdjęcie:
Przez chwilę czułem się jak w trakcie Półmaratonu w Dąbrowie Górniczej. Jest tam taki odcinek obok zbiornika Pogoria. Nie piszę, że identyczny jak ten w Cork, ale zasadniczo bardzo podobny.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Średnie tempo od 7 do 20 km wynosiło w okolicy 5:10 min/km, więc nie było źle.
Wąskim mostem przebiegłem nad drogą ekspresową N40, po czym trafiłem na drogę, na której jeszcze jakiś czas temu kursowały pociągi.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Kilkaset metrów dalej zameldowałem się na półmetku:
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Czas: 1:49:22
Miejsce OPEN: 840/2152
Trafiłem na blisko 2,5 km prostą, na której powoli zacząłem odczuwać skutki zmęczenia. Lewa noga wbrew pozorom cały czas dawała radę. Działała jednak siłą rozpędu prawej nogi, która nadawała tempo.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Muszę przyznać, że choć kibiców nie było tam za wiele, to ten fragment zapadł mi w pamięci. Było tam jakoś tak spokojnie i zielono. Zupełnie inaczej, niż w zatłoczonym centrum miasta.
Ponownie zameldowaliśmy się nad rzeką Lee, przy której mieliśmy pokonać kilka kolejnych kilometrów.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Przed oznaczeniem 26-ego kilometra moim oczom ukazał się okręt. Z powrotem trafiliśmy w okolicę centrum miasta:
Z jednej strony było już niby bliżej do mety, a jednak czułem, że najgorsze dopiero przede mną. Na tamtym etapie byłem już po kilku żelach. Wziąłem ze sobą 4 sztuki. Pierwszy zjadłem na 10-tym km. Drugi na 20-stym km. Trzeci miał być skonsumowany na 30-stym, a ostatni w okolicy 36-ego km.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Na każdym wodopoju piłem za dwóch. Duchota sprawiła, że już po kilku kilometrach byłem mokry, jakbym właśnie wynurzył się z basenu. Wiedziałem, że nawodnienie będzie kluczowe, aby dotrzeć do mety w zdrowiu. A nie ukrywam, że na tym zależało mi najbardziej.
Wydostaliśmy się z drogi N27 i trafiłem na pierwszy z licznych i równie upierdliwych podbiegów:
Wtedy po raz pierwszy przeszedłem do szybkiego marszu. Byłem już tak zmęczony, że z coraz większym trudem podnosiłem nogi. Miałem je jakby zabetonowane. Od tej pory wolałem więc w ten sposób zaliczać każdą górkę.
Kolejne kilometry do były ostre zakręty, podbiegi i zbiegi. Jednym słowem: działo_się.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Nie pamiętam dokładnie który to był kilometr, ale mocne wrażenie zrobił na mnie poniższy fragment:
Było żółto i równie kolorowo.
Moje kolejne kilometry zaczynały się jawić w szarych barwach. Zmęczenie mocno zaczęło mi się dawać we znaki. Między 21, a 26 km średnie tempo wynosiło około 5:15 min/km.
Później wszystko się ładnie posypało:
27 km – 5:41 min
28 km – 5:47 min
29 km – 5:47 min
30 km – 5:31 min
31 km – 5:56 min
Podbiegów było co nie miara, ale na szczęście pojawili się także kibice.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Odczuwałem coraz większe zmęczenie. Każdy krok wymagał sporej energii, której już nie posiadałem. Robiłem co mogłem, aby dalej trzymać tempo i nie przechodzić niepotrzebnie do marszu. Ostatnie kilkanaście maratonów to była frajda i zabawa w najczystszej postaci. Biegałem to od lewej, to do prawej strony. Tańczyłem, robiłem zdjęcia i przybijałem piątki. Tym razem było zupełnie inaczej. Właśnie rozpoczynała się walka na śmierć i życie. Upragnione złamanie 4 h zaczynało wisieć na włosku.
Ponownie wbiegliśmy w jakieś wąskie uliczki, na których królowały wielorodzinne zabudowania.
Kolejne kilometry były coraz wolniejsze:
32 km – 5:37 min
33 km – 6:16 min
34 km – 6:03 min
35 km – 6:42 min
36 km – 5:53 min
No i 37 km – najwolniejszy ze wszystkich. Po raz pierwszy przebiłem barierę 7 min/km.
Słabłem w oczach. Uda i łydki miałem piekielnie zabetonowane. Czekałem jak jakiś skurcz, który pozwoli mi na dłużej przejść do marszu. On się niestety nie pojawiał, tak więc walka musiała się toczyć dalej.
Kilka razy oglądałem trasę przed biegiem, ale z racji wielu skomplikowany zawijasów, nie skupiałem się na tym co, gdzie i kiedy nadejdzie. Że na tym kilometrze będzie spory podbieg, a na tamtym już będzie pięknie z górki. Pamiętam jednak doskonale blisko 4,5 km prostą, którą miałem dotrzeć do mety. Jeszcze przed biegiem rzuciłem tam chłopka z Google Street View, aby wiedzieć na co mogę się tam przygotować. No i bałem się piekielnie tego fragmentu. Wiedziałem, że będę tam już mocno zmęczony, a długa prosta raczej nie napawa optymizmem. Ona się przecież ciągnie i ciągnie i skończyć nie może.
Na ww. prostą trafiłem przed oznaczeniem 38 km. Jeszcze mocniej zacisnąłem pięści i jeszcze bardziej skupiałem się na czynności związanej z podnoszeniem nóg. Szczególnie tej lewej.


W oddali widziałem jakiś budynek. To właśnie dotarcie do niego było moim nowym życiowym celem. Wiedziałem, że gdy się przy nim zamelduję, to do mety będzie około 2500 m.
Udało się do niego dotrzeć i przepięknie – świńskim truchtem – ominąłem go od prawej strony.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Od kilku kilometrów obliczałem w głowie czy jest szansa na złamanie 4 h, czy już jest po tak zwanych ptokach. Okazało się, że cały czas jest nadzieja. A ona ponoć umiera ostatnia.
38 km – 5:52 min
39 km – 5:55 min
40 km – 6:00 min
W połowie 40-ego kilometra wbiegliśmy na Western Road, która prowadziła nas do samej mety. Po raz pierwszy od kilku godzin czułem się fantastycznie. Wiedziałem, że tego dnia złamię 4 h.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Wtedy bolało mnie już dosłownie wszystko. O dziwo kondycyjnie, a więc oddechowo i wydolnościowo czułem się ok. Gorzej było z mięśniami nóg. W tamtym momencie byłem im w stanie dać maksymalnie 2 punkty w 10 punktowej skali Apgar.
Psychicznie było całkiem ok, jak widać na załączonej fotografii:
Przed oczami pojawił się ostatni z zakrętów. Wiedziałem, że jeszcze tylko w prawo i pojawi się upragniona meta.
Wiedziałem też, że gdzieś na trasie czeka na mnie Ewelina, Magdalena i przyjaciele, którzy po królewsku nas ugościli. Biegłem więc środkiem, by po chwili mocno zwolnić. Gdzieś z lewej strony usłyszałem głośnie: „MAREK!!!!”. Odnalazłem ich w tłumie i zrobiłem pamiątkowej zdjęcie:
Meta była już dosłownie na wyciągnięcie ręki.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Przekroczyłem metę, po czym nagrałem krótką relację:
Panie i Panowie!
Proszę o uwagę!


Odebrałem przepiękny medal, po czym ostatkiem sił usiadłem na jakimś murku. Byłem wykończony.
Dawno nie czułem się tak wyeksploatowany. Ostatnio chyba w 2012 roku, kiedy to w trakcie mojego debiutu, dobrnąłem do mety w czasie 4:22:44. Całe ciało bolało mnie jeszcze wtedy przez bity miesiąc.
Przebrałem się w suche ubranie, po czym dotarłem do samochodu. Siedząc w nim dopiero do mnie docierało co się właściwie przed chwilą wydarzyło.
W takim układzie czas na pewne fundamentalne pytanie: jak oceniam swój występ? Czy było warto szaleć tak?
Po pierwsze i najważniejsze: gdy piszę te słowa, od mojej operacji minął rok bez 6 dni. Budząc się w sali po zabiegu, a następnie rehabilitując przez kolejne miesiące, nie wiedziałem czy jeszcze kiedykolwiek będę mógł biegać. Kiedy dostałem zielone światło, to nie byłem w stanie przebiec 200 metrów. Na tętnie 196 unm żegnałem się wtedy z życiem.
Maraton?
Rozpocząłem żmudny proces rehabilitacji. Miałem pierdyliard okazji, aby rzucić tym wszystkim – i sorry, ale będę dosłowny – w pizdu! i z powrotem być obłym chłopcem. Mimo wszystko walczyłem dalej.
Powrót do Cork był naprawdę emocjonujący. Strach wymieszany ze niepewnością. Łzy bólu, a potem takie ze szczęścia.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
To, że mogłem stanąć na starcie maratonu i w zasadzie przebiec go tak z 97%, z czasem poniżej 4 h, to dla mnie największa nagroda za te wszystkie miesiące walki o powrót do sprawności. Przeżyłem w życiu wiele, ale nigdy tak dużo, w tak krótkim czasie.
Jestem z siebie zadowolony i cholernie dumny. Po maratonie w Cork, wreszcie widzę światło w tunelu. Znowu potrafię biegać maratony, choć to może jeszcze za dużo napisane. Jeszcze nie jest idealnie, bo noga cały czas wymaga poświęcenia, ale wróciła pewność siebie. No i ja też wróciłem.
To była cholernie długa podróż.
Dzień dobry!























































