Tyski Półmaraton darzę szczególnym sentymentem. Po raz pierwszy startowałem w nim w 2017 roku. Nie ukrywam, że skusiła mnie do tego osobna klasyfikacja dla biegaczy z wózkiem. Wreszcie – po wielu kilometrach wspólnych treningów – mogłem się sprawdzić i spróbować powalczyć o jakiś dobry czas. Zapakowałem Magdę do Thule i pognałem ile sił w nogach. Metę udało mi się nam przekroczyć po 1:31 h biegu, zajmując przy okazji 3 miejsce wśród biegaczy z wózkiem. To była jedna z niewielu chwil w moim biegowym życiu, w której zawędrowałem na podium.
Lata mijały. Z Magdą – w wózku biegowym – trasę połówki udało mi się pokonać jeszcze dwukrotnie. Później zacząłem startować solo. Było coraz szybciej i szybciej. W 2022 roku metę pokonałem z wynikiem 1:20 h. Nie wyobrażałem sobie sezonu biegowego bez września w Tychach.
Po realizacji swoich marzeń związanych ze złamaniem 3 h, a także zdobyciem kompletu maratonów zaliczanych do cyklu World Marathon Majors, skupiłem się na spełnianiu cudzych. Fucha pacemakera idealnie się do tego nadawała. W 2024 roku prowadziłem grupę na 1:40 h. Rok później miało być podobnie, ale wydarzyło się to i tamto. Po kilku miesiącach biegowej absencji, z przepięknym niedowładem lewej nogi nie wiedziałem czy w ogóle będę mój jeszcze biegać. A co dopiero myśleć o byciu zającem?
Wziąłem się ostro do pracy. Pierwszym moim celem był powrót do Irlandii i pokonanie maratonu, z którego musiałem zrezygnować w słynnym dwa tysiące dwudziestym piątym. Ta sztuka mi się udała, ale po minięciu mety długo do siebie dochodziłem.
Od razu znalazłem sobie nowy cel pt: „A może by tak zapytać o możliwość poprowadzenia grupy w Tychach?”. Tylko czy będę gotowy, aby podjąć to wyzwanie i nie dość, że samemu dotrzeć do mety w czasie, który cały czas mógł być poza moim zasięgiem, to jeszcze być wsparciem dla innych?
Trenowałem i mocno się rehabilitowałem. Pewnego dnia odezwałem się do organizatorów z krótkim komunikatem: Jestem gotowy!
Znalazło się dla mnie miejsce na czas 1:55 h. I wiecie co? Dla mnie był to od teraz najważniejszy start 2026 roku, a może i ostatnich kilku lat.
Zapraszam Was na relację z tego wiekopomnego wydarzenia.
Po pakiety startowe udaliśmy się rodzinnie w przeddzień biegu. Podobnie jak od kilku ostatnich lat, biuro zawodów znajdowało się w Centrum Handlowego Gemini, do którego prowadziły m.in. spore naklejki umieszczone na podłodze.
Rzut okiem na listę startową i byłem pewny, że to nie sen, a jawa. To była cholernie długa droga, ale najważniejsze, że udało mi się ją pokonać.
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Odebrałem pakiet w najbardziej vintage biegowym tiszercie w promieniu wielu mil:
Po czym stanąłem do zdjęcia na pamiątkowej ściance.
Na tej samej, którą chwilę wcześniej ozdabiała Magda. Spojrzałem na nią i wykonałem poniższe zdjęcie:
Po raz kolejny do mnie dotarło jaka ona jest już duża. Były lata, gdy ledwo odrywała się od wózka. Gnałem z nią przez Paprocany walcząc o jak najlepszy wynik. Ależ to był przepiękny czas!
Wspomniałem wcześniej o pakietach. Podobnie jak w latach ubiegłych, tego samego dnia startowała także Magda.Czekało na nią całe 400 metrów.
Co znaleźliśmy w pakietach?
Dokładnie to, co na załączonych obrazkach:
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Przy okazji w biurze zawodów otrzymałem już stosowne podziękowanie:
Zastanawiałem się więc czy w ogóle pobiec? Skoro podziękowanie mam już w dłoniach, to po co się tak męczyć?
Ostatecznie postanowiłem, że jednak się pojawię.
Niech im będzie…
Wybiła niedziela.
Po krótkiej podróży zaparkowałem niedaleko stadionu miejskiego, z pod którego – równo o godzinie 9:00 – mieliśmy wystartować.
Z każdą chwilą tłum stawał się coraz większy. W powietrzu czuć było ten charakterystyczny przedbiegowy stres. Kurde mol i motyla noga w jednym – Jak mi tego brakowało!
Około godziny 8:30 udałem się do pomieszczenia, w którym spotkałem starych dobrych znajomych. Był m.in. Michał Stopa, który tym razem prowadził grupę na czas 1:25 h, a z którym to przez lata dzielnie walczyłem w kategorii biegacz z wózkiem biegowym.
Wszystkich nie sposób wymienić. Z każdym starałem się zamienić choć kilka słów i nie ukrywam, że starty to nie tylko możliwość walki o lepszy czas, ale to także idealny pretekst, aby spotkać się po kilku latach niewidzenia. Znajomości w bieganiu cenię sobie najbardziej.


Odebrałem balony, po czym udałem się w kierunku bramy startowej, aby załapać się na wspólne zdjęcie.
Dosłownie chwilę wcześniej poznałem Artura – mojego współpacemakera. Okazało się, że łączy mnie z nim więcej, niż bym się mógł tego spodziewać. Obydwaj mamy już Majora za sobą, a ostatni z 6 maratonów kończyliśmy w Bostonie.
Wspólne zdjęcie sprzed mety i wszyscy rozeszliśmy się do swoich stref startowych:


Minęła 9:00 i wreszcie ruszyliśmy przed siebie.
Chyba dla każdego pacemakera najtrudniejszy jest pierwszy kilometr. Bo tłok, fala niesie, a tutaj trzeba być bezwzględnym w pilnowaniu tempa. Skoro do mety chcemy dotrzeć nieco poniżej 1:55 h, to każdy kilometr musimy pokonać z zegarmistrzowską precyzją: idealnie po 5:25 min.
Jak było w naszym przypadku?
1 km i czas 5:24 min czyli prawie idealnie.
Stałe tempo 5:25 min/km miało nam zagwarantować na mecie wynik 1:54:17. Zawsze lepiej mieć jeszcze trochę zapasu, niż minąć ją na tzw. styk.
Kolejne kilometry, według Garmina, były nieco szybsze:
2 km – 5:21 min
3 km – 5:19 min
4 km – 5:17 min
5 km – 5:12 min
Z tym, że teraz jak się nad tym zastanawiam, to wszystko szło zgodnie z planem. Garmin informował nas kilkadziesiąt metrów przed minięciem flagi z oznaczeniem danego kilometra, a to przecież one były punktem odniesienia. Stąd ta rozbieżność.


Postanowiłem, że podobnie jak dwa lata wcześniej, tak i tym razem będę wszystkich informował po ilu minutach powinniśmy mijać kolejne flagi. Tak, aby każdy mógł sprawdzić w jakim tempie biegniemy i czy w dalszym ciągu można nam ufać.
Na tych pierwszych kilometrach grupa była niezwykle zwarta. Artur co jakiś czas zagadywał wszystkich, że właśnie po prawej mijamy dobrą piekarnię, a po lewej wkrótce będzie równie dobra lodziarnia. Czas mijał w bardzo fajnej atmosferze.

















