Endo_maj 2020

0

Nieoficjalna życiówka na 5 km, aktywny powrót do konsoli i zestaw LEGO – tak w skrócie mógłbym podsumować maj. Startów nie ma, więc trzeba sobie jakoś radzić.

Zapraszam na podsumowanie.

1. Kilometraż.

Tak prezentuje się kalendarz:

Standard – w postaci 3 treningów w tygodniu – trwa w najlepsze. Przygotowując się do jednego z najważniejszych biegów w moim życiu (118 km w ramach zielonego szlaku Dwudziestopięciolecia PTTK), w dalszym ciągu skupiam się na długich wybieganiach. Aby przygotować organizm do tego, z czego chyba jeszcze nie zdaje sobie sprawy 😉

W środku tygodnia jest więc 20 km, a w weekend 50 km.

No i te długie wybiegania albo robię w okolicy 5:05 min/km, albo staram się je jakoś urozmaicić wplatając w nie bieg z narastającą prędkością. Było tak np. 23 maja:

22 km wpadł w tempie 3:36 min, a następy tylko 8 sekund wolniej. Wbrew pozorom nie wypadałem wtedy z 8 piętra.

W maju przebiegłem 300 km.
Niewiele zabrakło, aby poprawić marcowy rekord.

2. 5 km poniżej 19 min.

Specjalnie nie piszę o tym, że to nowa życiówka (obecna wynosi 19:02 min). Wykonana własnoręcznie (-nożnie?) i na trasie bez atestu, w świetle prawa, w ogóle się nie liczy. Rozpatruję ją więc bardziej w kategoriach bardzo mocnego treningu. Wiecie, takiego na granicy życia i śmierci. Treningu, w trakcie którego tętno niebezpiecznie zbliża się do granicy 200 unm. Tym razem dotarłem „jedynie” do 193 unm.

Wszystko zaczęło się od wyzwania RAZ Event pt: „Wirtualna Biegowa Majówka – Pogoń Koronawirusa„. Postanowiłem, że wezmę w nim udział. To miał być mój pierwszy wirtualny bieg w życiu.

Wytyczyłem sobie 5 km trasę w Parku Śląskim. Starałem się, żeby było najbardziej płasko jak się da, no i żeby było mało zakrętów. To był niestety czas, w którym stadiony były zamknięte. Gdyby nie to, to swoją próbę podjąłbym zapewne właśnie na bieżni.

Poniżej znajdziecie zdjęcia z trasy i skrót najważniejszych wydarzeń.

Rozpocząłem od delikatnego zbiegu. Po nim skręciłem w lewo i wkrótce dotarłem do długiej, brukowanej prostej. To tam ukończyłem pierwszy kilometr. Zrobiłem go w 3:29 min.

Następnie zakręt w prawo, kolejna prosta, a następnie ostry skręt w lewo.

Wkrótce minąłem wirtualne oznaczenie drugiego kilometra. Tym razem pokonałem go szybciej o całą jedną sekundę. Byłem ciekawy jak długo jeszcze pociągnę.

Pojawił się podbieg, a następnie długi zbieg. Na jego końcu Garmin poinformował mnie, że oto minąłem 3-ci kilometr. 3:34 min – nieźle!

Rozpocząłem kilka okrążeń. W jedną stronę biegłem pod górkę, aby drugą stroną sobie nią zbiec. Tempo niestety nieco spadło. Czwarty kilometr trwał najdłużej, bo 3 min i 57 sekund.

Ostatni kilometr wspominam najgorzej. Trwał po prostu nieskończoność. To był czas, kiedy ból stawał się powoli nie do zniesienia. Każdy oddech kosztował mnie niewyobrażalne pokłady sił. Tętno zaczęło przekraczać 190 unm i systematycznie rosło.

Rozpocząłem ostatnie okrążenie.
Tym razem, zamiast skręcić w lewo, skręciłem w prawo.

Spojrzałem na przebyty dystans. Do końca zostało mi 30, 20 i… 10 m.

Jest!
KONIEC TEJ *(&@T%@ GEHENNY!!!!1

Pojawił się komunikat, że właśnie ukończyłem 5 km. Upadłem na kolana i rozpocząłem mozolny proces dochodzenia do siebie. Chwytałem powietrze jak karp czy panga jakaś. Wszystko działo się w tym oto miejscu:

Nawet nie wpadłem na pomysł, aby sobie zastopować trening, więc gdy ja tak dogorywałem, czas w dalszym ciągu płynął.

Po jakiś 15 minutach wstałem i zacząłem 2 km spacer do samochodu. Po prostu sobie szedłem. Byłem tak wykończony, że nawet nie chciało mi się truchtać.

Czy było warto?
Ależ oczywiście!

5 km w 18:17 min!
Średnie tempo wyniosło 3:39 min/km.

Tego dnia zrobiłem 110% normy i przy okazji udało mi się wygrać bieg w klasyfikacji OPEN.
Maj nie mógł się dla mnie lepiej rozpocząć.

3. Ring Fit Adventure.

13 maja z paczkomatu wyciągnąłem coś takiego:

W ramach prezentu urodzinowego, sprawiłem sobie Ring Fit Adventure. Grę na konsolę Nintendo Switch, dzięki której wróciłem do roku 2011, kiedy to w moje ręce wpadło „EA Sport Active 2” na konsolę Playstation 3.

To właśnie przy „EA Sport Active” udało mi się schudnąć blisko 10 kg. Czymże to jest?
Już wrzucam link:

A czymże u licha jest jest Ring Fit Adventure?
Bardzo dobrze przedstawił to Jędrzej z Zagrajnika.tv:

Pod Jego słowami podpisuję się oburącz, bo to naprawdę działa.

Gdy pisze te słowa mam już 50 poziom. Z każdym jest jeszcze ciekawiej. Dochodzą nowe ćwiczenia i wyzwania.

Po kilkudziesięciu minutach jestem nieźle spocony. Z boku wydaje się to niezwykle proste i mało wymagające, ale uwierzcie – dzięki temu można sobie zafundować prawdziwy wycisk prezesa.

Jak dla mnie Ring Fit Adventure to najlepiej wydane 279 zł w ciągu ostatniej dekady.
To także bardzo dobra ogólnorozwojówka, która w moim bieganiu może tylko pomóc.

No i jako ciekawostkę podam, że cudem udało mi się to kupić w takiej cenie. Z uwagi na pandemię, a także mniejsze moce przerobowe Nintendo, Ring Fit jest towarem o charakterze wybitnie deficytowym. Gdzie tylko się pojawia, jest na pniu wykupowany. Janusze biznesu na allegro czy innych olx wystawiają go nawet za ponad 700 zł i… mimo wszystko znajdują się chętni.

4. LEGO.

Mój pierwszy zestaw klocków LEGO dostałem w 1988 r. i wyglądał tak:

Rodzice kupili mi go w sklepie Pewex. Pamiętam, że byłem wtedy chory na świnkę, więc to była idealna odskocznia od obwiązywania sobie szyi szalikiem i chustami, które akurat znalazły się pod ręką.

Później klocków było coraz więcej i więcej, aż tu nagle po prostu przestały się pojawiać. Taki jest niestety urok dorastania.

Jako, że Tokio w dalszym ciągu jest bliskie mojemu sercu i z wielką chęcią jeszcze bym tam kiedyś wrócił, na dzień dziecka postanowiłem sobie sprawić zestaw LEGO.

Padło na serię Architecture, która przedstawia panoramę stolicy Japonii:

Wiecie, a może i nie i dlatego Wam to napiszę – dawno nic mnie tak nie odprężyło, jak blisko 1,5 h składanie tego zestawu. Przypomniały mi się czas, gdy namiętnie sklejałem modele samolotów i statków słuchając z kaset utworów Queen.

Jeżeli tylko portfel by mi na to pozwolił, a także miejsce w mieszkaniu, to dla swojego zdrowia psychicznego, odwiedzałbym co miesiąc sklep LEGO i zanosił do kasy jakiś spory zestaw. Np. coś takiego:

No i trochę nie pomyślałem.

Gdybym jednak obszedł się smakiem w tym 88′ i nie odpakował tego pierwszego zestawu, to teraz mógłbym go sprzedać na ebayu za miliardy monet i hipotetycznie szybciej spłaciłbym kredyt hipoteczny.

Głupi ja! :/

Share.
X
X