I Rudzki Półmaraton Industrialny – 01.08.2015

„Potrzeby fizjologiczne rządzą światem. Szczególnie tym biegowym” – tak mógłbym podsumować to, co działo się ze mną na trasie I Rudzkiego Półmaratonu Industrialnego. W trakcie niniejszej relacji postaram się Wam oszczędzić szczegółów. Zobaczymy czy coś z tego wyjdzie.

O półmaratonie w Rudzie Śląskiej dowiedziałem się kilka miesięcy temu. Powód startu?
Było ich kilka:
1. Rzadko trafia się okazja wzięcia udziału w pierwszej edycji imprezy biegowej,
2. Ruda Śląska jest rzut beretem od Siemianowic.
3. W okresie wakacyjnym nie miałem w planach żadnych startów.
Summa summarum wyszło, że biorę udział w tym biegu i może nawet pokuszę się o atak na życiówkę.

Do Rudy Śląskiej pojechałem wraz z Eweliną. Od razu udaliśmy się po pakiet startowy. W biurze zawodów zlokalizowanym w hali sportowej MOSIR otrzymałem okolicznościową koszulkę (wreszcie jakiś normalny rozmiar, którego nie musiałem wymieniać na większy/mniejszy), zwrotny chip, podkładkę pod kubek, a także zakładkę do książki z kompletem słów po śląsku.

IMG_1003 IMG_1005 DSC_1944

Z pakietem w dłoni zawędrowaliśmy na rynek. Na jego środku znajdowała się scena, a tam najprawdziwsze śląskie szlagiery. Jeden za drugim, a później trzeci i czwarty. Ludzie tańczyli i pląsali. Jednym słowem: działo_się! A jeszcze nawet nie ruszyłem w drogę. Naprawdę, ciężko o bardziej śląski początek śląskiego półmaratonu.

Po godz. 20:15 ruszyliśmy w kierunku linii startu. Rozgrzewka, kilka słów ze znajomymi, których spotkałem na miejscu i przed 21:00 ustawiłem się za linią. Było dosyć tłoczno. W półmaratonie wystartowało ponad 800 osób. Dodatkowo rozgrywano bieg na 7 km (ponad 200 osób) i zawody nordic walking (68 zawodników). Stanąłem blisko barierek po lewej stronie.  Dlaczego o tym piszę? Już tłumaczę.

IMG_1095

Strzał startera -> ruszyliśmy. Pożegnałem Ewelinę, położyłem palec na garminie i w ścisku zbliżałem się do linii. Już prawie ją przekraczam, już prawie za sekundę, gdy przede mną potyka się biegacz. Myślę sobie: O co? O innego biegacza? Wózek? Butelkę? O co żeś się człowieku potknął? Okazuje się, że zahaczył nogą o pozostawiony przez kogoś pachołek. Jak część ludzi obiegam go z lewej strony po czym słyszę w głośnikach głos Augusta Jakubika: „Proszę przebiegać przez matę”.

To co się działo idealnie przedstawia poniższe zdjęcie:
– kolor niebieski: tak zacząłem bieg,
– kolor zielony: nawrót i wbicie się w tłum biegaczy,
– kolor żółty: martwa strefa,
– kolor różowy: słynny pachołek.

DSC_1950Yyy, że co? A niby przez co przebiegłem? Okazało się, że to właśnie ten nieszczęsny pachołek odgradzał matę od nie_maty. Cóż począć, trzeba wystartować jeszcze raz. Odwracam się i widzę setki głów, które biegną w moją stronę. Cofam się o kilkanaście metrów, wbijam w tłum i ponownie przebiegam linię startu. Mam nadzieję, że tym razem zrobiłem to poprawnie. Przez jakiś czas nie mogłem wyjść z podziwu jak można położyć matę krótszą niż sama linia startu i tak prowizorycznie ją oznaczyć? Ci z przodu wiedzą co i jak, ale wystarczy, że startujesz 2-3 metru od czołówki i już nie jest to takie oczywiste. A przecież wystarczyło postawić tam jakieś barierki, bądź człowieka, który wymachiwałby latarką i wskazywał, że należy go obejść z konkretnej strony.

trasa_rudaTrasa składała się z 3 pętli. Już na samym początku można było nabrać prędkości z uwagi na delikatny zbieg. Po ok. 1,5 km pojawił się podbieg, później kilka długich prostych i po 7 km sytuacja się powtarzała.

Przez pierwsze kilka km biegło mi się rewelacyjnie. Kondycyjnie było w porządku. Nogi dawały radę na podbiegach, a zaraz po ich zakończeniu potrafiły się fajnie rozpędzić.
1 km – 4:05
2 km – 4:06
3 km – 4:01
Kolejne w niewiele dłuższym czasie. Byłem przekonany, że istnieje realna szansa na wywalczenie nowej życiówki. Koniec końców okazało się, że wyjechałem z Rudy odwodniony na kilka różnych sposobów. O złamaniu 1:30 h nie mogło być mowy.

  • Ponownie zawiesiłeś bardzo wysoko poprzeczkę bo:
    -nawet gdybym dostał paszport kenijski, potrenował w górach Hindukuszu i dzięki magicznym tybetańskim ziołom pobił Twój wynik z Rudy,
    -nawet gdybym skupił się (ups, wiem, to niefortunne słowo) na pobiciu rekordu „skoków w bok” podczas biegu (dzięki zjedzeniu bigosu zakąszanego ogórkami i schabowymi przed biegiem),
    to bym nie był w stanie kontynuować biegu już po góra drugiej wizycie.

    A już bankowo bym tego tak fajnie nie opisał – Gmoch i palik mnie rozwalił :D Masz po prostu „miszcza” startowego, zawsze coś, jak, kwa, kwa nie kefir, to jakieś dzieciaki pod nogami, paliki itd…

    • Gdyby to był zwyczajny trening, to zapewne moje ciało już dawno odmówiłoby mi posłuszeństwa ;) Adrenalina zrobiła jednak swoje i bylem w stanie dobiec do mety. Ba! Miałem siłę aby łapać się z nieznajomymi za ręce! :)

      Przede Tobą jeszcze nie jedna życiówka. Wiesz jaki byłem zdziwiony, gdy w tym roku w Krakowie dobiegłem poniżej 1:30:00? Okazało się, że fizycznie byłem przygotowany. Psychicznie – nie za bardzo. No bo jak to? Przebiec 21 km w średnim tempie 4:15 min/km?!?
      Trening to podstawa, ale wiele zależy też od nastawienia. Wydaje Ci się, że nie jesteś w stanie, że nie podołasz, a tu taki kinder ibaraszung :)

      Pan Gmoch to klasa sama w sobie!
      Jestem pierwszym blogerem w historii polskiego blogeringu, któremu użyczył swoje flamastry i przez skype’a powiedział co i gdzie i jak to ma być rozrysowane.

  • Dzięki! :) To był bieg pełen przeżyć. Nie udało mi się zbliżyć do życiówki, ale wiem jedno – bieg zapamiętam do końca moich dni ;)