TCS New York City Marathon 2017 – 05.11.2017 r.

Kilometr dalej wbiegliśmy na prostą łącząc się z maratończykami z pomarańczowej i niebieskiej strefy. Ile trwała prosta? „Jedyne” 8 km. Nie było widać jej końca. Jak dla mnie to mogła by tak trwać w nieskończoność. Było tak genialnie, że chciałem pobiec o wiele dłużej niż te regulaminowe 42 km.

20171105_165414W USA potrafią okazywać swój entuzjazm. Wiwatom i okrzykom nie było końca!

20171105_163929Tak sobie biegłem i starałem się jak najdokładniej zapamiętać te chwilę. Głowa latała to na jedną, to na drugą stronę jezdni. Zacząłem przybijać piątki i celebrować każdy centymetr trasy. To co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia, stało się faktem. Panie i Panowie -> biegnę w Nowym Jorku!

Przed 13-stym km skręciliśmy najpierw w lewo, a później w prawo. Wreszcie pojawiło się jakieś urozmaicenie. Dalej było tylko lepiej.

Słyszałem, że najciszej będzie w dzielnicy Żydowskiej. No i było. Czułem się tam jakbym cofnął się w czasie do co najmniej do XIX wieku. Cisza, spokój i dzieci zamknięte na jednym z balkonów, które wyglądały zza krat i nieśmiało nas dopingowały.

2 km później wróciła feta i tłuste bity z boom-boxów.

20171105_190017W okolicy 19-ego km wbiegliśmy do polskiej dzielnicy Greenpoint. Polskich flag było coraz więcej. Gdy tylko jakąś widziałem w oddali, to krzyczałem na całe gardło: „POLSKAAA!!!1″. Polscy kibice od razu włączali tryb turbo i przystępowali do jeszcze głośniejszego dopingu.

Na jednym z takich punktów Adam krzyknął, że musi się wrócić i zrobić sobie zdjęcie. Nie pozostało mi nic innego jak wejść mu w kadr. Wyszło z tego coś takiego:

23131856_775291386004370_7046630603420978241_nZnacie takie uczucie, kiedy robicie coś, chociaż doskonale znacie negatywne tego konsekwencje? Wiecie, że stanie się najgorszy z możliwych scenariuszy?

Przed biegiem do pasa z bidonami włożyłem telefon, a także do worka śniadaniowego: tygodniową kartę na metro i kartę do hostelu. Jak tak to sobie wkładałem i zasuwałem zamek to od razu pomyślałem: „Zgubię to! Nie ma innej opcji”. Choć robiłem co mogłem skupiając się mocno przy wyjmowaniu telefonu, aby nie wyrzucić przy okazji worka z biletem i kluczem, stała się rzecz najgorsza – worek przepadł z jego zawartością. Jestem w 100% pewny, że stało się to właśnie przy robieniu w/w zdjęcia. Przewidziałem, że tak się stanie, więc tak szczerze, to nawet nie byłem zły z tego powodu. Na całe szczęście telefon przetrwał do samej mety.

20171105_122129(0)„Chciałeś synu mostów? Oto one!” – taka myśl przeleciała mi przez głowę gdy wybiegaliśmy z Grennpointu. Przed nami wyrósł Most Pułaskiego:

20171105_121233 20171105_121442 20171105_121523

O dziwo energia nie opuściła mnie nawet na moment. Gdzieś na środku mostu pojawiło się oznaczenie połowy dystansu. Niestety do mety było już bliżej, niż dalej.

20171102_094150Dwa kilometry później pojawił się kolejny most. Tym razem padło na majestatyczny Most Queensboro, pod którym kilka dni wcześniej przechodziłem zwiedzając Wyspę Roosvelta.

20171105_124214 20171105_123023 20171105_123019

Dotarliśmy nim na Manhattan. Tą 6-km prostą, zapamiętam do końca swoich dni. Drapacze chmur w tle podbieg i setki tysięcy kibiców. Bajka!

20171105_164112Na końcu tej prostej pojawił się Most Willis Avenue – wbiegaliśmy do Bronxu. Pamiętam pewną Murzynkę, która stała na jego lewej stronie i żywiołowo nas dopingowała witając w swojej dzielnicy. Szybki zakręt w lewo i tłustych bitów było jeszcze więcej. Chcąc nie chcąc, biegnąc Mostem Madison Avenue, z powrotem znaleźliśmy się na Manhattanie.  Zmierzaliśmy w stronę Central Parku, gdzie znajdowała się meta.

  • Adam Zimoń

    Super relacja i super maraton. Życzę skompletowania wszystkich ;-)

  • mgr inż. Anioł

    Marku, maraton spektakularny, relacja super, dużo fotek, więc świetnie się czytało i oglądało :) Też tam kiedyś pojadę, jak już w Europie skończy mi się miejsce :) Będę wtedy mądrzejszy dzięki Twojej relacji ! Widzę też na fotkach, że spotkałeś kolegę z mojego miasta – Grześka, więc ślonzoki na promie trzymają się razem ! :)

    • Dzięki!
      Pisałem ją kilkanaście godzin :) Ciężko było ubrać w słowa te wszystkie emocje, które mi towarzyszyły.
      Oczywiście, że się trzymają razem! Świat jest mały. Nawet w grupie 50 tys. ludzi ;)

  • Rafał

    Marek, świetna relacja. Raz jeszcze gratuluję. Takie bieganie bez spiny na czas jest zdecydowanie lepsze,choć kusi mnie aby zawalczyć o #breaking3. U mnie również połowa Majorsa zdobyta, w przyszłym roku czas na Chicago. Pozdrawiam Rafał z http://www.rodzinawbiegu.pl

    • Cześć.
      Dzięki! Widziałem, że miałeś szczęście w losowaniu :)
      Mam nadzieję, że wkrótce uda nam się skompletować wszystkie 6 maratonów.

      • Rafał

        Tym razem, los trzeba było wziąć w swoje ręce :-) Czas z Berlina zapewnił mi gwarantowany udział. Mam nadzieję, że wkrótce z 6 maratonów nie zrobi się więcej ;-) a jeśli nawet przebiegniemy i je. Powodzenia.

  • Jerzy Plieth

    Ufff, no to nareszcie jest ktoś, kto odpowie mi na pytanie zadane na forum – https://bieganie.pl/forum/viewtopic.php?f=40&t=56543
    Krótko: jakim cudem techniki działa GPS, kiedy się biegnie dolnym mostem Verrazano Narrow Bridge?!

    • Właśnie Ci tam odpisałem :)
      W skrócie: Garmin nie stracił sygnału GPS, a nawet gdyby to zrobił, to pasek HR Run chwilowo przejąłby jego funkcję. Na podstawie mojej kadencji obliczyłby prędkość.

      • Jerzy Plieth

        Wszystko rozumiem i dzięki za wyjaśnienia. Tylko drobna poprawka – pas HR mierzy tętno, a kadencja jest mierzona albo w zegarku przez czujnik wyrzutu ręki, albo przez footpod

  • Ryszard Nowak

    Marek, gdy pisałeś o tych kibicach częstujacych bananami, przypomniało mi się Tokyo. To tam po raz pierwszy spotkałem kibiców, którzy na kocykach mieli papu i oferowali biegaczą.
    Nowy Jork, jesienią 2018. Wiosna to Londyn. Pozostanie Boston, na który, jak zdrowie pozwoli, polecimy wspólnie. Maraton w NY różni się od tych dużych europejskich pod względem serwisu na trasie. W Europie, lepiej karmią,…

    • No właśnie to mnie zdziwiło w Nowym Jorku – strefy oferowały tylko i wyłącznie wodę. Co prawda gdzieś tam później pojawiły się żele, ale brać żel, którego się jeszcze nigdy nie jadło – to niezbyt dobry pomysł.
      Londyn i Boston – marzenie! :)