Virgin Money London Marathon 2019 – 28.04.2019 r.

0

Virgin Money London Marathon 2019 – maraton, na który organizator obywateli Polski losuje tak samo często, jak mieszkańców Czechosłowacji i Prus Wschodnich. Jest to jeden z najtrudniej dostępnych biegów zaliczanych do prestiżowego cyklu World Marathon Majors. Tak się złożyło, że 26 kwietnia – w dzień swoich 35 urodzin – miałem możliwość ziścić swoje kolejne marzenie. Zrobić coś, co przez lata wydawało mi się nieosiągalne. Spakowałem buty, naładowałem Garmina i ruszyłem w kierunku królowej Elżbiety II. Kilkadziesiąt godzin później finiszowałem przed jej oknami. Emocje towarzyszące pokonywaniu ostatniej prostej przed Pałacem Buckingham, zapamiętam zapewne do końca swoich dni.

Podróż do Londynu minęła bez większych problemów. Sprawnie dotarłem na lotnisko w Krakowie, na którym – w kolejce do odprawy – udało mi się spotkać Henryka Szosta. Tak jak ja zmierzał na londyński maraton. Porozmawialiśmy chwilę, po czym życzyłem mu udanego biegu.

Biorąc pod uwagę fakt, że lot miał się odbyć w porze obiadowej, a także znając wysokość cen panujących na lotniskach, starałem się najeść na zapas. Niestety ta sztuka udawała mi się tylko do pewnego momentu. Ostatecznie zmuszony byłem kupić sobie m.in. wodę w wysokości 8,90 zł. Dodam, że nie była to woda pochodząca z lodowca, ani podawana w pozłacanym kielichu. Zwykła niegazowana w butelce 0,75 l. Najlepsze jest to, że choć delektowałem się każdym łykiem, jakby kosztowała co najmniej dychę, to ostatecznie… zapomniałem jej zabrać wychodząc z samolotu. Gorycz porażki czułem jeszcze przez kilka kolejnych godzin.

W hotelu zameldowaliśmy się po godz. 18:00. Za późno, aby pojechać na EXPO, gdyż było otwarte do godz. 20:00, a droga w jedną stronę wynosiła około godziny. W zamian za to udaliśmy się na chwilę w okolicę Pałacu Kensington. Później zostałem zaproszony przez Kasię i Łukasza na urodzinowy obiad i czekoladowy deser w kształcie kulki. Grzechem byłoby odmówić.

W życiu bym się nie spodziewał, że 35 urodziny będę obchodził w centrum Londynu i w ten dzień zrobię sobie zdjęcie z łabędziem w Hyde Parku.

Życie potrafi czasami nieźle zaskoczyć.

Na EXPO udałem się w sobotę z samego rana. To był ostatni dzień trwania targów. Chciałem sobie kupić jakąś oficjalną koszulkę z maratonu. Byłem ciekawy, czy uda mi się ją znaleźć w swoim rozmiarze. Okazało się, że na miejscu było ich pod dostatkiem. Inaczej jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie rozmiary „S” i „M” znikają z wieszaków w mgnieniu oka.

Kilka przystanków metrem, a także kolejką podmiejską i moim oczom ukazał się budynek ExCeL London, w którym mieściło się EXPO.

Po minięciu kilku hal, wreszcie dotarłem do tej właściwej.

Pamiątkowe zdjęcie przed bramą, na której odliczano czas pozostały do rozpoczęcia maratonu i byłem gotowy, aby odebrać swój pakiet. Okazało się, że zrobię to na raty.

Na początku odebrałem numer startowy, a także przeźroczysty worek, w którym mogłem oddać rzeczy do depozytu.

Po odebraniu numeru udałem się po chip. Gdy miałem go w rękach, mogłem wreszcie zaatakować stoisko New Balance.

Jako bonus otrzymałem niewielkie pudełko, w którym znajdował się buff, słoik wazeliny, otwieracz i sznurówki.

Cały pakiet nie przedstawiał się jakoś imponująco:

Jak słusznie można zauważyć – brakuje koszulki. Ta, w odróżnieniu od pozostałych Majorów, wydawana jest po przekroczeniu linii mety. W sumie ma to sens. Koszulka finiszera świadczy o dobiegnięciu do mety. W Nowym Jorku kupiłem sobie taką na 3 dni przed rozpoczęciem maratonu.

Zaraz za New Balance znajdowało się stoisko Abbott World Marathon Majors. Na bieżni można było spróbować pobiec w tempie równym rekordowi świata. Gdyby nie kolejka, z chęcią bym spróbował.

Co słusznie podkreślano w grupach biegowych na FB – brakowało tablicy z nazwiskami wszystkich Majorów. W zamian za to był spory medal, a także tablica, na której można było zapisać swoje złote myśli.

W dalszej części ustawiono kilka podświetlanych okręgów, w których można było sobie zrobić zdjęcie. Warto było poczekać w długiej kolejce. Efekt przerósł moje oczekiwania:

EXPO wydało mi się mniejsze w stosunku do tego w Chicago i Nowym Jorku. Największe, które do tej pory odwiedziłem, znajdowało się w Tokio. Było to w 2015 r.

Zrobiłem jedno okrążenie, po czym udałem się do wyjścia. Z każdą chwilą przybywało ludzi i do wszystkiego robiły się długie kolejki. Resztę dnia postanowiłem więc spędzić na zwiedzaniu.

Z pakietem ruszyłem w kierunku Tower Bridge. To właśnie z tego miejsca, miałem rozpocząć swoją wędrówkę i to właśnie tam – kilkanaście godzin później, miałem pokonać 20-sty km.

Pogoda była z gatunku: „Jeszcze nie pada, ale prawdopodobnie zaraz będzie. No i jakby kto pytał to wieje tak, że prawie odrywa głowę, od reszty ciała”. Przechodząc przez most bałem się, czy nie skończę w Tamizie. Skoro tak jest dzisiaj, to co będzie jutro w trakcie biegu? Z dwojga złego wolałem już deszcz, niż te mocne porywy wiatru.

Spacerując wzdłuż rzeki trafiłem na kilka charakterystycznych budowli i budynków.

Po jakimś czasie moim oczom ukazał się parlament i Big Ben, albo raczej – to co z niego zostało.

Remont trwał w najlepsze. Postanowiłem to jednak obejść.

Kilka prób i błędów i miałem to. Prawie idealne odwzorowanie zdjęcia, które wykonano gdy Wielki Ben spoglądał z góry na ścisłe centrum Londynu.

Idąc dalej trafiłem na prostą, która prowadziła do Pałacu Buckingham.

Właśnie instalowano trybuny, a także bramę startową. Pomyślałem sobie wtedy, że te ostatnie metry przejdą do historii moich finiszów.

Ta prosta, udekorowana flagami Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, wyglądała wręcz obłędnie.

Po kilku godzinach, zmęczony wróciłem do hotelu.


Na dywanie rozłożyłem wszystko to, co miało mi być na jutro potrzebne. Ustawiłem alarm nie mogąc się doczekać, kiedy zadzwoni.

1 2 3
Podziel się ->