Minął wrzesień, czas więc najwyższy podsumować III kwartał 2026 r. Aż chciałoby się zakrzyczeć:
Ale prawdopodobnie nikt tych tekstów (oprócz mnie) nie czyta xD
Mimo wszystko kłaniam się w pas i wszystkich serdecznie zapraszam.
1. Kilometraż.
Tak wyglądają poszczególne kalendarze (po kliknięciu są zdecydowanie bardziej czytelne):
a) lipcowy:
b) sierpniowy:
c) a także wrześniowy:
Jakbym podsumował ostatnie miesiące? Tak w telegraficznym skrócie? Ano tak: chroniczny brak sił, w dalszym ciągu niedomagająca lewa noga i… problem z prawą częścią ciała, o której będzie jeszcze w dalszej części programu
Jak mawiał pewien klasyk: „Chu…owo, ale stabilnie!”.
Wiem, że może nie powinienem tego robić, ale im dłużej biegam, tym bardziej rozpamiętuję minione czasy. Kiedy zwykłą, środową piętnastkę byłem w stanie pokonać w średnim tempie 4:17 min/km, a nie blisko minutę dłużej. Cóż, muszę jeszcze rozpracować swoją głowę, aby nie produkowała mi tylu flashbacków co obecnie.
Poniżej znajdziecie kilometry z podziałem na poszczególne miesiące:
W dżulaj było powyżej dwustu. Miesiąc później gorzej, a we wrześniu nie przekroczyłem nawet 150 km.
Czy się żalę?
Bynajmniej!
Najważniejsze, że mogę w ogóle biegać ♥
2. Znowu byłem pacemakerem.
A propos najważniejszych rzeczy, miejsc i doświadczeń. Najważniejszy start ostatnich 2-3 lat? Mógłby to być maraton w Cork, który udało mi się pokonać po 11 miesiącach od operacji kręgosłupa.
Ale jednak nie.
Niech to będzie Półmaraton Tyski i fucha pacemakera:
O tym jak do tego doszło. Czego się lękałem, a czego niekoniecznie, przeczytacie w relacji. Ja tymczasem liczę na to, że za rok będę się mógł pokusić o prowadzenie na szybszy czas, niż 1:55 h.
Trzymajcie kciuki, ok?
3. Wracam do Japonii!
O powrocie do Japonii myślę od czasu, kiedy w lutym 2015 r. z niej wyjechałem. Po maratonie w Tokio, ale przed wszystkim po intensywnym tygodniu zwiedzania metropolii, obiecałem sobie, że kiedyś tam wrócę. Jeżeli zdrowie dopisze, to zobaczę ją już za kilka miesięcy. I cholernie nie mogę się tego doczekać.
Na sam maraton losuję się co roku od jakiejś dekady. W tym roku postanowiłem jeszcze nieco dopomóc szczęściu. Zapisałem się do Tokyo One GLobal i opłaciłem składkę członkowską na cały rok. Dzięki temu, przed głównym losowaniem, mogłem wziąć udział także w dodatkowym.
Niestety nie miałem szczęścia w tym dodatkowym, więc moje zgłoszenie wylądowało w worku dla losowania w ramach General Entry. No nie zgadniecie co się wydarzyło!
Znowu mnie nie chcieli.
W międzyczasie zrobiłem kilka biegów wirtualnych. Ba! Zgłosiłem się też nawet jako pacemaker. Tokio niestety było nieugięte i za każdym razem otrzymywałem maila, który rozpoczynał się od słów: „Unfortunately”.
Moim planem „B” stał się maraton w Osace. Tam również pakiet otrzymuje się w ramach losowania. Wydawało mi się, że skoro chętnych jest o wiele mniej niż w Tokio, to wylosowanie pakietu będzie jeno tylko formalnością. Okazało się, że Osace zaimponowało to, co zrobiło ze mną Tokio. Podobnie jak stolica Japonii, tak i Osaka stwierdziła, że nie jestem godny pakietu na maraton.
Chamy!
Kilka dni przed wynikami losowania do Osaki odezwałem się do Grzegorza, którego poznałem w trakcie pierwszego pobytu w Bostonie. Zagadał do mnie wtedy przez FB, a kilka miesięcy później siedzieliśmy na leżakach w samym centrum Bostonu i nie mogliśmy się doczekać biegu (dop. Grzegorza: „Nieprawda! Poznaliśmy się w 2022 roku w Chicago. W Bostonie to było nasze drugie spotkanie. Fajną masz pamięć! :/ ).
Spytałem go Osakę, bo wiem, że tam biegł. Napisał mi, że wyniki losowania powinny być tylko formalnością. Przy okazji wspomniał mi, że w przyszłym roku leci na maraton do Kioto.
Szybko zameldowałem się na stronie Kyoto Marathon. Okazało się, że tam nie ma żadnego losowania. Płacisz w Jenach i od razu masz pakiet.
Długo się nie zastanawiałem. Wydobyłem kartę z portmonetki i nabyłem pakiet drogą kupna. Kilka dni później miałem kupione bilety lotnicze.
Plan na 13-22 lutego 2026 r?
4 dni w Tokio + 4 dni w Kioto z jednodniowym zwiedzaniem Osaki.
JARAM SIĘ JAK NIE WIEM CO!!!1
4. „Wu” jak wakacje.
W tym roku – jako miejsce na urlop wypoczynkowy – ponownie wybraliśmy Chorwację. Z tym, że zamiast siedzieć w jednym miejscu przez kilkanaście dni, postanowiliśmy, że kilka z nich przeznaczymy na Słowenię. Kupując winietę na Słowenię, po raz pierwszy w życiu miałem z niej skorzystać o wiele dłużej, niż jedynie pędząc w kierunku Adriatyku.
Na pierwszy ogień poszły Vodice, w których zrobiłem kilka treningów:
I taki też:
Następnie zameldowaliśmy się w Słowenii w miejscowości Kranj:
To właśnie na wakacjach zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo mi tego brakowało. Tego wstawania skoro świt i biegania wzdłuż morza.
5. Kontuzja.
Gdy zaczynałem biegać po kontuzji swojego życia, kiedy to lewa strona nie do końca działała, najbardziej obawiałem się tego, jak sobie z tym poradzi prawa część mnie. Czekałem na kontuzję Achillesa czy kolana. A tam nic. Cisza!
Wkrótce po maratonie w Cork, a więc na początku czerwca, zacząłem odczuwać dziwny ból w wewnętrznej stronie prawego uda. Z czasem doszedł także ból w okolicy prawego kolca biodrowego. Tak bliżej środka działa, niż na zewnątrz.
Ból był coraz silniejszy i pojawiał się także w momencie kichania. Postanowiłem więc odwiedzić BlueBall. Diagnoza brzmiała następująco: kontuzja mięśnia biodrowo-lędźwiowego.
Otrzymałem zestaw ćwiczeń, kupiłem sobie 8 kg kettle’a i zabrałem się ćwiczenia. Obecnie jest już znacznie lepiej i mam nadzieję, że wkrótce po kontuzji nie będzie już ani śladu.
To tyle na teraz.
Do następnego!














