Dawno mnie tutaj nie było. Prawdę napisawszy nie byłem pewny czy w ogóle uda mi się tutaj zalogować. Na Wasze nieszczęście mi się to udało.
I jestem.
Przed Wami podsumowanie pierwszego kwartału 2026 roku. Z niniejszego tekstu dowiecie się ile pokonałem kilometrów, a także czy boję się startu w maratonie w Cork.
A jeżeli tak, to jak bardzo?
Zapraszam!
1. Kilometraż.
Tak wyglądają poszczególne kalendarze (po kliknięciu są zdecydowanie bardziej czytelne):
a) styczniowy:
b) lutowy:
c) a także marcowy:
Po tym, a także po tamtym do regularnego biegania wróciłem zaledwie kilka miesięcy temu. Na początku było cholernie ciężko. Cel jednak miałem prosty: teleportować się do tego, co uskuteczniałem przez ostatnie kilkanaście lat – do tych swoich ukochanych 3 treningów w tygodniu.
Onegdaj były to trzy dwudziestki. Teraz w środy zmniejszyłem objętość do 15 km. W weekendy jest różnie, ale powoli dochodzę do łącznego kilometrażu na poziomie 40 km.
Poniżej znajdziecie kilometry z podziałem na poszczególne miesiące:
Mocno wierzę w to, że w zdrowiu i we własnym tempie, wkrótce z powrotem pokonam 200 km w jednym miesiącu.
2. Ciężki jest ten powrót, bo ciało działa inaczej.
Nie będę po raz kolejny wracał do tego, że kiedyś to były czasy, a teraz to nie ma czasów, ale… po powrocie do biegania jest zupełnie inaczej. Jakby ktoś przez te kilka miesięcy po zabiegu podmienił mi dolne kończyny. Mało tego! Dodatkowo niewłaściwie podpiął przewody łączące zakończenia nerwowe z mózgiem. Niby nogi te same, ale działają zupełnie inaczej. Jakoś tak bardziej topornie.
Lewa noga w dalszym ciągu jest nie jest sprawna na 100%. Choć jestem w stanie chodzić na palcach dłużej niż przez kilkadziesiąt sekund, to lewa stopa nie podnosi się tak wysoko jak prawa.
Co to oznacza?
Tak w skrócie?
Że każdy biegowy krok nie jest tak rześki i sprężysty jak kiedyś. Prawa strona ciągnie, a lewa nadąża. Niby nie mam co narzekać, bo wróciłem do tego, co kochałem najbardziej: wycieczek biegowych z Panem Tomaszem.
Szkoda jedynie, że z racji większego wysiłku, o wiele bardziej się męczę. W strefie komfortu jestem teraz zdecydowanie rzadziej, niż kiedyś. Głowa w dalszym ciągu pamięta te ostatnie kilka lat, w trakcie których dystans nie był dla mnie jakimkolwiek problemem. Biegowy komfort pojawiał się na każdym treningu. Te gorsze dni można było policzyć na palcach jednej ręki. Teraz jest zupełnie odwrotnie.
Super jakbym nie dość, że mógł zwiedzać Śląsk po 20-24 km, to robiłbym z dawnym uśmiechem. Gdy noga sama się kręciła. I nie ważne czy było z górki, czy właśnie pojawiło się spore wzniesienie.
Na dniach wracam na konsultację do BlueBall, aby sprawdzić na jakim etapie jestem. Jakie ćwiczenia warto wdrożyć, aby rehabilitacji przyniosła jeszcze większy skutek. Co uczynić, aby wrócić chociaż do części tego, co było wcześniej.
Taki jest plan.
Nieustannie od 1 lipca 2025 roku.
3. Wracam do Cork!
Jednym z moich docelowych startów w 2025 roku był maraton w Cork. Z racji dyscektomii, byłem w stanie odebrać jedynie pakiet startowy. O bieganiu nie było mowy. Ba! Przecież ja wtedy nawet do końca chodzić nie potrafiłem.
No pewnej plandece w biurze zawodów napisałem wtedy: „Wracam za rok”. Nie pozostało mi nic innego, jak tego dokonać.
Bilety lotnicze kupione, numer startowy załatwiony i przyjaciele, którzy po raz kolejny po królewsku nas ugoszczą.
Przyznam się bez bicia, że cholernie boję się tego maratonu. Nawet nie tego, czy dam radę, bo nawet jakbym te ostatnie kilka kilometrów miał przejść, to nie będzie to dla mnie żadna ujma. Jakoś ten dystans pokona. Boję się tego, jak będę się czuł. Moja taktyka zakłada bieg na tętno, a nie na tempo. Jestem ciekawy jak bardzo życie to zweryfikuje i jak się to ostatecznie wszystko potoczy. Kiedyś („Znowu do tego wracasz i lamentujesz!!!” – dop. red.) byłem pewien tego, że nawet gdy przez bity tydzień przed maratonem zwiedzałem z buta cały Nu Jork, w trakcie maratonu mogłem zrywać tempo jak szalony. I biegać to do lewej, to do prawej strony.
Teraz maraton, to jedna wielka niewiadoma. Wracam więc do czasów z września 2012 r., kiedy to po raz pierwszy pokonałem metę po ponad 42 km biegu i agonii:
Oby w Cork nie bolało mnie tak bardzo, jak wtedy w stolicy.
4. ParkRun.
Wstyd się przyznać, że choć biegam od 2012 r. i przez ten czas miałem prawdopodobnie z tysiąc okazji, to z ani jednej nie skorzystałem. I dopiero wyjazd do Łodzi to zmienił.
Goszcząc w tym mieście odezwałem się do Łukasza, którego poznałem lata temu. Ostatnio widzieliśmy się gdzieś w okolicy 2017 roku. Był więc pretekst, aby się znowu spotkać.
Zaproponował mi, żebym może przyjechał do niego i razem pokonalibyśmy jedną z ciekawszych parkrunowych tras w Polsce? Bo niby odbywa się w mieście, a jednak tak bardzie w lesie.
Długo się nie zastanawiałem. Załatwiłem sobie kod QR i po kilkudziesięciu minutach rozmowy, dotarłem na metę swojego pierwszego parkrunu w życiu:
Jestem ciekawy kiedy ponownie wezmę w nim udział i czy będzie to dopiero za kolejną dekadę.
Oby nie!
5. Znowu poprowadzę.
Każda kontuzja odbiera pewność siebie. Przez chwilę pozostają jedynie marzenia. Z czasem pojawia się możliwość powalczenia o powrót do tego co było. Po tym, gdy jako amator osiągnąłem wszystkie swoje cele, moją największą frajdą była chęć pomocy innym. W roli pacemakera wystąpiłem już wielokrotnie. I tak jak kiedyś przygotowywałem się do łamania 1:20 h w połówce, bądź 2:55 h w maratonie, teraz moim celem jest przebiec połówkę w czasie 1:55 h i wyglądać równie rześko pod koniec, jak na samym początku.
Zamierzam tego dokonać w trakcie 14. Tyskiego Półmaratonu.
W ciągu ostatniego roku mocno zmieniły mi się priorytety. Jedyne co nie uległo zmianie, to puenta – nic nie trwa wiecznie. A tym bardziej moja olimpijska forma z 2022 r. kiedy wychodziło mi wszystko, a nawet więcej.
Nie sądziłem wtedy, że po 3 latach oprócz formy,
wyjdzie mi jeszcze dysk…


Wreszcie mam miejsce, w którym mogę godnie wyeksponować najważniejsze biegowe wspomnienia ♥









